Na pewno je znacie, z byle guzika robią aferę, z każdego kichnięcia swojego dziecka tragedię narodową. Momentami są irytujące do granic możliwości, zwłaszcza, kiedy porad dotyczących leczenia dziecka, szukają w internetach zamiast u lekarza.

baby-821625_1920

Nie zrozumcie mnie źle. Każda z nas była, jest lub będzie matką panikarą. Tak się dzieje zawsze przy pierwszym dziecku, a wpływ na to ma zazwyczaj brak doświadczenia w opiece nad tak małą istotą, ale też brak obycia z chorobami ich przebiegiem, leczeniem, konsekwencjami lub ich brakiem. to nie jest tak, że któraś z nas urodziła się wszechwiedząca, najmądrzejsza na świecie i od razu wie wszystko. Nie. Każda z nas uczy się tego wszystkiego podczas macierzyńskiego stażu.

I to też nie tak, że ja taka mądra jestem bo to już za mną, a na pewno byłam taka sama. Oczywiście że byłam.  Tak samo jak każda statystyczna matka, martwiłam się, panikowałam i byłam przerażona kiedy na horyzoncie pojawiła się byle katarek. Kiedy młody kichnął osiemnaście razy w ciągu godziny sprawdzałam ręką czy aby nie pojawiła się gorączka, a przynajmniej trzy razy dziennie upewniałam się jeszcze kontrolując temperaturę termometrem.

Zwłaszcza, że moje dziecko do chorowitków nie należało. Jak już się coś zadziało to raz na pół roku, raz do roku i od razu  grubej rury. Zawsze niespodziewanie atakowało i zanim się spostrzegłam był antybiotyk, gorączką i nieprzespane noce, żeby stale monitorować postęp choroby i zbijać gorączkę.  Wydawało mi się, że jeżeli odpowiednio wcześnie wykryje pierwsze objawy zbliżającego się choróbska, uda mi się ustrzec moje dziecko przed wszystkimi chorobami świata. O naiwna ja!

Podobnie było ze skaleczeniami, upadkami, obiciami, stłuczeniami. Teoretycznie nigdy nie chowałam młodego pod szklanym kloszem, nie latałam z anim po piaskownicy, czy koło zjeżdżalni, żeby przypadkiem nie upadł i sobie czegoś nie zrobił. W tym aspekcie znacznie odbiegałam normalnością od zwykłej panikującej matki, bo nie raz, nie dwa widziałam na placach zabaw, matki ze znacznie starszymi od młodego dziećmi, które skakały nad nimi, żeby aby się nie przewrócił. I nie wiem do dzisiaj czy to wynikało ze zwykłej ostrożności, czy chęci zabezpieczenia pięknych, nowiuśkich ubranek. Ale my dzisiaj nie o tym.

Wprawdzie pozwalałam młodemu i do dzisiaj pozwalam na to, żeby się przekonał jak coś boli na własnej skórze, bo uważam, że tylko w ten sposób jestem w stanie nauczyć dziecka zwinności, ostrożności i zaradności. Nie wiecznie trzymając za rączkę i robiąc wszystko za niego. I kiedy on upadał, mimo wszystko zamartwiałam się czy ten zwykły siniak to czasem nie coś więcej, bo może to być krwiak? Kiedy rozciął palec, biłam się z myślami czy nie jechać na pogotowie, żeby zszyć ranę. A może zagoi się sama ? A co jeśli nie, jeśli zbagatelizuję problem i nie pojadę do lekarza, a później wyniknął z tego problemy?

Znam te wszystkie matczyne rozterki jak nikt inny. Tylko matka wie ile troski w nas siedzi, ile nocy nie prześpimy zamartwiając się o nasze pociechy i jak bardzo martwimy się kiedy coś niedobrego dzieje się z naszymi dziećmi.

Naprawdę rozumiem tą całą panikę. Bo to trochę tak jakby silniejsze ode mnie. Nie da się przestać martwić o własne dziecko.

Tylko niektóre matki zwyczajnie z tą swoją paniką przesadzają.

Bo jeśli widziałam, ze z moim dzieckiem działo się coś złego, najpierw obserwowałam. Kiedy zwykła matczyna troska nie pozwalała mi siedzieć bezczynnie, a rozsądek podpowiadał, że panika nie jest wskazana, konsultowałam się z mamą, babcią, ewentualnie koleżanką, która całkiem niedawno sama przeżywała podobne rozterki.

Ale nigdy, ale to absolutnie nigdy, nie radziłam się co może dolegać mojemu dziecku w internecie!

Tego nie jestem w stanie zrozumieć. Bo tak naprawdę ile ludzi, tyle przypadków konkretnej choroby. Żadna choroba nie rozwija się tak samo i w każdym przypadku przebieg leczenia może być inny.

W głowie mi się nie mieści, jak matki, które tak bardzo kochają swoje dzieci, które tak bardzo się zamartwiają i troszczą o nie, oddają ich los w ręce wyszukiwarki Google albo grupy obcych ludzi na Facebooku?! Nie rozumiem, jak nieodpowiedzialnym, żeby nie powiedzieć głupim, trzeba być, żeby szukać pomocy wśród ludzi, którzy na oczy nie widzieli ani nas, ani naszego dziecka, którzy nie są nawet lekarzami a swoje diagnozy stawiają na podstawie strzępkowych informacji podanych w poście pisanym na szybko i nerwach?!

„Czy ta ranka u mojego maluszka nadaje się do szycia?”

„Czy ta kupka jest normalna?”

„Czy ta wysypka jest normalna?”

„Czy jak podałam już ibufen, a on nie działa, to mogę podać inny lek na gorączkę?”

Nie wiem, czy to kwestia braku odpowiedzialności, totalnego życiowego nieogarnięcia. A może po prostu ktoś jest leniwy, nie chce ruszyć mu się tyłka do lekarza, więc uspokaja swoje sumienie poradami innych. Albo wręcz odwrotnie zwala odpowiedzialność i podejmowanie na obcych ludzi- bo w internecie napisali…Ale może zastanówcie się kolejnym razem, zanim napiszecie z pytaniem na FB, co dolega Waszemu dziecku. Bo według mnie na głowę trzeba upaść, żeby się leczyć w internecie.

A może to ja jestem jakaś staroświecka i z chorobą dziecka i każdego z najbliższych udaję się do lekarza a nie do Facebooka?

zdjęcie: pixabay.com