To jest tak, że pewne sytuacje trzeba osobiście przeżyć, żeby je zrozumieć. I ja wiele o podobnych sytuacjach słyszałam. Pisałam też, co myślę na temat dzieci w miejscach publicznych. Pisałyście o tym, jak zostałyście potraktowane niejednokrotnie w restauracjach Wy. Ale nigdy nie sądziłam, że mi samej przyjdzie przeżyć coś TAKIEGO!

To był dzień z cyklu „NIE MÓW DO MNIE TERAZ!!! Serio. Rzadko zdarzają mi się takie dni, ale to był jakiś Armagedon i byłam przekonana, że coś się wydarzy, ale nie sądziłam, że wydarzy się coś takiego.

Wiecie, słońce świeci za mocno, sukienka pogrubia, mąż oddycha zbyt głośno, kawa jest zbyt gorzka, a zupa za słona. Nic nie idzie po Twojej myśli, nic nie jest takie, jak być powinno. I chociaż bardzo chciałabyś, czuć się inaczej, irytować się mniej, nie wkurzać się wcale-to tak jakby zupełnie nic od Ciebie nie zależy. Miewam takie dni.

Miewa takie dni każda kobieta.

Miewa takie dni, absolutnie każda na świecie matka.

I chyba tylko dlatego, mój mąż wiedział, jak się ze mną obchodzić. Ma cwaniak wprawę.  I dobrze, bo przyznam Wam szczerze, że w takie dni jak wtedy właśnie, to ja mam takie wyrzuty sumienia, jak stąd do Huston. No poważka. Bo gdybym ja miała jakiś konkretny powód, gdyby faktycznie coś się wydarzyło, zdarzyło, stało. Miałabym podstawy, miałabym motyw, miałabym wytłumaczenie swojego wkurwu niepohamowanego.  A tak? Nie tylko sprawiasz przykrość swoim bliskim, ale też samej sobie. No parodia mówię Wam!

Mój mąż jednak wie jak się ze mną obchodzić w takie dni. Wie, że można mnie poskromić tylko miłością. I miłością. I jeszcze większą porcją miłości! To pewnie dlatego, kiedy zapytałam, dlaczego niektórzy faceci są do mnie nastawieni na dystans-odpowiedział, że pewnie dlatego, że wyglądam jak wkurwiony Pitbull.  No cóż. Jaka miłość, takie komplementy. Chociaż, nie ma się co obrażać-tego dnia wyglądałam zapewne jak stado wkurwionych Pitbuli.

Ale do brzegu kobieto.

Co ma Pani z restauracji z moim złym dniem?! Otóż to, że w takie dni, nic mnie tak nie ukoi jak dobre jedzenie. I dobry trunek. Właśnie dlatego, tego dnia trafiliśmy do knajpy. Żeby oszukać moją głowę, dopieszczając żołądek! Taki lifehack.

Nie sądziłam tylko, że ten dzień zapamiętam na długo…

Knajpa jak knajpa, jedna z wielu, nic specjalnego na pierwszy rzut oka.Ani nic nie przyciągało, ani nic nie odpychało.  Kiedy tylko zasiedliśmy za stolikiem, ja wybrałam najbardziej glutenowy i pewnie najbardziej kaloryczny makaron jaki jadłam ostatnio.  Chłopaki zasiedli ostrożnie po drugiej stronie stolika, żeby być jak najdalej siły rażenia mojej nieznośności, a mój mąż wyczytał mi w myślach, których jeszcze nie zdążyłam sprecyzować, że mam ochotę na…

-Czy macie Państwo piwo?

-Niestety nie mamy alkoholu…-odpowiedziała kelnerka smutno

-Och! Nie macie…-moja chęć na ukojenie nerwów została zgaszona w sekundę

-Ale tutaj obok mają piwo.

-No ale jak to? Że mamy sobie zamówić obok i …

-…i przynieść do nas, a my udamy, że zupełnie nie zauważyliśmy.-dokończyła kelnerka z uśmiechem puszczając do mnie oko.

Serio. Byłam w szoku, bo umówmy się. Ja się jeszcze nie spotkałam, żeby ktoś pozwolił wnieść do lokalu coś zamówionego w knajpie obok. No dobra, nawet jeśli- to po wielkich awanturach i na pewno, nie pod warunkiem personelu-który namawia Cie do tego, z wielkim uśmiechem na twarzy. No heloł!

Oddelegowałam szybko Alvara, w razie gdyby jednak ktoś się rozmyślił, ale ten wrócił z pustymi rękoma, i po raz drugi zgasił mą kiełkującą radość i cichą myśl, że może ten dzień nie jest jeszcze taki najbardziej stracony.  Wtedy jednak, znowu podeszła do nas Pani kelnerka, zapytała czy znaleźliśmy to piwo, a kiedy mój chłop, zgodnie ze swoją ślepotą odpowiedział, że nie, sama, osobiście pofatygowała się, żeby upewnić się, czy aby na pewno w knajpie obok piwa nie ma. Trochę oniemiała, patrzyłam jak kilka chwil później, mój mąż, śladem kelnerki zamawia piwo w knajpie obok. Bo to było takie…nowe. Naprawdę, akurat dzisiaj, kiedy potrzebowałam na swojej drodze jakiegoś miłego gestu, jakiegoś zdarzenia, które odwróci moją uwagę od tykającej w mojej głowie bomby-działo się coś, czego zupełnie nie rozumiałam. I wtedy, zanim jeszcze wrócił mój mąż, ta kelnerka znów do mnie podeszła i  na moje „dziękuję” powiedziała z wielkim uśmiechem na twarzy:

-Widzi Pani, tak sobie właśnie pomyślałam, że tego dzisiaj Pani potrzeba. Ma Pani opiekę nad dzieckiem, to korzystać trzeba! Sama jestem matką i wiem, jak bardzo czasem takie wyluzowanie jest nam potrzebne!

Byłam w szoku.

Wielokrotnie sama pocieszałam inne matki.

Wielokrotnie sama uśmiechałam się ze zrozumieniem, kiedy widziałam je w opałach.

Wielokrotnie broniłam inne matki, wspierałam, dodałam otuchy.

Nigdy jednak, nie poczułam takiego wsparcia od innej matki. Obcej zupełnie, spotkanej na ulicy. Tak bezinteresownie. I własnie wtedy, kiedy tego potrzebowałam.

I muszę Wam powiedzieć, że to było cholernie miłe!

Serio. To była pierdoła.

Jeden gest.

Kilka uśmiechów. Jedno zdanie o tym-że ktoś rozumie, bo też jest matką.

Tak właśnie powinnyśmy, my matki między sobą żyć. Tak powinnyśmy się wspierać i ze sobą rozmawiać. Z pozycji partnerek i ze zrozumieniem. Nie z pozycji wyścigowego szczura z pozycji licytatora kto ma lepiej albo gorzej.

Dlatego, jeżeli jakimś cudem, ta kobieta mnie teraz czyta to ja mam do niej jedno słowo:

DZIĘKUJE!

Dziękuję, że dałaś mi nadzieję, że potrafimy się wspierać, że umiemy i jeśli chcemy możemy.

Dziękuję, że mimo zapierdzielu, byłaś dla nas taka miła.

Dziękuję, że tamtego dnia, całkiem nieświadomie, sprawiłaś, że mój bardzo ciulowy dzień skończył się z uśmiechem na twarzy.

Dziękuję, bo wiem, że nie jestem sama w spieraniu innych mam i wiem, że rozsiewasz to wpieranie-pokazując jak to robić, razem ze mną dalej.

Dziękuję.