Każdego dnia kiedy zasiadam do pracy i otwieram internet czuję się przytłoczona. Z każdej strony bije mnie po oczach perfekcjonizm. Wszechogarniający. Wszystko tak doskonałe, że kiedy tylko rzucę okiem na swoje odbicie w lustrze, rozgardiasz w domu, obiad na szybko, niefotogeniczny i średnio zdrowy- robi mi się słabo.

być idealna

Po pierwsze media. Chyba tutaj zaczyna się problem. Lepiej ogląda się ładne rzeczy, co za tym idzie ładne, idealne rzeczy się produkuje. Jak program kulinarny-to koniecznie w pięknej, nowoczesnej, super wyposażonej kuchni. No i oczywiście, nic ale to absolutnie nic, nie może leżeć nie na swoim miejscu!  Nie ma plam, rozlanych sosów, kipiących garnków. Żeby tak wyglądałoby każde moje gotowanie…życie byłoby łatwiejsze!

Bo jak gotuje ja, a założę się że i większość z Was, to najczęściej w biegu. Bo rzadko zdarza się, że mam czas na kontemplowanie gotowania-co tak na marginesie uwielbiam! Zawsze kroję szybko, szybko wyciągam, szybko się wszyto brudzi . Staram się ogarniać na bieżąco, ale kiedy w domu są inni domownicy i co chwile, któryś mnie od garów odciąga, to tu coś wykipi, tu się coś spali, tam się cały zlew garów nazbiera.

Te fryzury, te kreacje, te makijaże…A moje odbicie w lustrze, nawet jak się godzinę będę szykowała, za każdym razem wiele ma do zarzucenia…

Później są gazety, internet, portale i blogi. Wszystkie domy w bieli i nienagannym błysku. Ściany takie niewypaciane przez dzieci, kanapy takie bez tłustych plam. Na grupach każda matka najmądrzejsza i nieomylna. Nigdy żadnego błędu nie popełnia. Na Facebooku wszyscy tacy piękni, wszyscy idealni . Zero zmarszczek, siwych włosów. Zero pryszczy, cellulitu, często w pozach zakrywających wszelkie mankamenty figury. Jest czas na kawę, na wypady do knajpy i imprezy do białego rana. Pełna organizacja, pełne ogarnięcie, pełen profesjonalizm i sprężenie. Chce się krzyczeć-wow, sami idealni ludzie chodzą po tym świecie!

I kurna wtedy mam spadek mocy taki że hej! Bo każdego dnia, zapisuje sobie w swoim kajecie tysiąc rzeczy do zrobienia. Jestem człowiekiem zadaniowym, każdy spontan rozwala mi nie tylko organizację, ale i mnie wewnętrznie, zaczynam się motać w tym co robię, gubić. Ale to w tym momencie, nie ma najmniejszego znaczenia. Każdego dnia zapisuje te tysiąc rzeczy do zrobienia, spraw do załatwienia-praca, dom-dziecko-mąż-a na szarym koniuszku gdzieś ja. I każdego dnia, kładę się z myślą, że znowu nawaliłam. Dałam dupy po całości i nie ogarnęłam własnego życia.

Każdego kolejnego dnia, budzę się z mocnym postanowieniem, że dzisiaj to już na bank uda mi się wszystko z listy skreślić. I że jeszcze znajdę czas żeby poćwiczyć, zrobić coś zdrowego do jedzenia, że poczytam z dzieckiem książkę, a nawet sama coś dla siebie przeczytam,obejrzę zaległy film, i znajdę czas na tą cholerną domową depilację laserową, której nie mogę skończyć od jesieni! Każdego dnia obiecuję sobie, że nie dopisze już na dzisiaj nic, że w sobotę i niedzielę nie będę pracowała. Że zadbam o zdrowie i porobię wszystkie zaległe badania. Że wreszcie pojadę z synem na obiecany rower, ale wcześniej kupię i naprawię dentkę, która na to czeka od jesieni.

Ale najważniejsze, co obiecuję sobie każdego dnia, to to, że wreszcie sobie odpuszczę. Nie obowiązki. Bo wtedy nie dogonię własnego życia, wszystko się spiętrzy do dramatycznych rozmiarów i nigdy się z tego nie wygrzebię. Obiecuję sobie, że odpuszczę samej sobie, że przestanę dążyć do perfekcji w swoich działaniach. Że jeżeli mi nie wyjdzie, jeżeli coś zawalę, albo jeżeli nie zdążę czegoś załatwić, wykreślić z listy-nie będę miała wyrzutów sumienia i nie będę się zadręczała, że kolejny raz nawaliłam.

I tu już nie chodzi o to, że co się odwlecze, to nie uciecze. Chodzi o to, że są momenty, kiedy chciałabym jak niektóre „wyimaginowane” jak mniemam mamy, pójść na całodniowy piknik z rodziną. Albo pojechać na wycieczkę. Albo spędzić leniwie dzień w łóżku, mając w lodówce obiad do podgrzania i nie musząc gotować, bo na moje zadupie pizzy nie dowożą. Cały dzień oglądać bajki z synem, bez wyrzutów sumienia, że znowu coś odkładam na później. Że przecież inni mają zawsze wszystko pięknie odpicowane, ogarnięte i zrobione.

Gdzieś wczoraj przeczytałam pytanie zdziwionej mamy:

Dziewczyny Wy naprawdę nieogarniacie swojego domu, rodziny i życia? Czy to naprawdę tak trudno się zorganizować? Czy zwyczajnie się zgrywacie?!

Miałam tak cholernie trudny dzień. Kolejny poranek zaczęłam od zaplanowania miliona spraw do zrobienia, a kiedy zaczęłam je wykonywać-nic mi nie szło. W koszu piętrzyło się pranie, na obiad nawet nie miałam pomysłu, a i zmywarka prosiła się o wypróżnienie i ponowne napełnienie. Chwilę później na Instagramie dopadły mnie profile dziewczyn które sporo ćwiczą, z największym rygorem trzymają się diety. Znowu spojrzałam na swój dom, na zaległa pracę, na uda, które błagają, żeby się nimi zająć i poryczałam się jak głupia. Bo byłam zmęczona. Nie miałam siły, motywacji ani ochoty, żeby udowadniać samej sobie, że dam radę! Że można, że da się, że ogarnę.

Mam tego dość. Mam dość dążenia do ciągłej perfekcji, gonienia za byciem super zorganizowaną. Za ogarnianiem na siłę, kiedy cały dom jest na mojej głowie a ja zwyczajnie nie wyrabiam na zakrętach. Mam dość udowadniania, jaka jestem super sprytna i zaradna, kiedy jedyne o czym marzę, to odpocząć. Dzień, dwa spędzić w łóżku, nie musząc totalnie nic. Niech się samo robi. Albo niech się nie robi, mam to w nosie.

Mam dość super rad- jak ogarnąć swoje życie, jak się zorganizować, jak stanąć na głowie, rzęsach i robić to z pięknym uśmiechem numer pięć, udającym, że się nie przemęczasz. Mam dość udawania że ogarniam-kiedy kuźwa nie ogarniam! Mam dość psioczenia na narzekanie na swoje życie przez ludzi, którzy noszą maski i udają szczęśliwych. Bo życie nie jest idealne. Życie na każdym kroku kopie nas po dupie. A my za każdym razem, i na każdym kroku zmuszani jesteśmy do tego, żeby dawać radę.

Czasem się nie da. Czasem życie Cie przerasta i trzeba umieć się do tego przyznać. Trzeba umieć się zatrzymać, spojrzeć trzeźwo na sytuację i powiedzieć basta! Nie dasz rady, odpuść!

I ja zrobiłam to wczoraj, kiedy kolejny raz próbowałam zrobić coś na siłę, żeby dopiąć listę zadań na ten dzień. Kiedy zorientowałam się, że dłużej tego ciśnienia nie zniosę. Że jestem przemęczona, że sama sobie narzucam kaganiec perfekcyjności. Że przecież nic się nie stanie, jak odpuszczę, odpocznę i rzucę wszystkim w diabły na dzień, lub dwa.

Paradoksalnie, kiedy tylko o tym pomyślałam poczułam jak nabieram sił.

I to jest moment, kiedy zaczynam się zastanawiać, gdzie leży granica, między tym, co narzuca nam społeczeństwo, a kagańcem perfekcji który zakładamy sobie same?

Bo na samą myśl o tym, że ktoś mógłby zobaczyć mój dzisiejszy bałagan robi mi się wstyd. Bo przecież nie zrozumie, że ja mogę być zmęczona i nie dawać rady. Wszyscy przecież dają, a niektórzy mają gorzej jak ja! A czy to mnie powinno obchodzić? Czy ważniejsze jest to co pomyślą sobie o nas inni, od naszego samopoczucia fizycznego i psychicznego?

Jestem przekonana o tym, że nie. Tylko tego chyba trzeba się nauczyć. A taka nauka trwa latami…

Dlatego od dzisiaj jak mantrę, każdego ranka zamierzam sobie powtarzać;

Nie musisz być idealna. Ale powinnaś być szczęśliwa!