Nie raz, nie dwa odgrażałam się Wam, że opowiem Wam, na czym konkretnie polega moja praca, dlaczego blogerzy i inni influencerzy często żebrzą o lajki i dlaczego na moim blogu, jak i innych będą pojawiały się posty sponsorowane. Dzisiaj nadejszła ta chwila. Przeczytajcie ten tekst do końca, dla naszego wspólnego dobra.

Uwielbia to co robię. Wiele lat pracowałam na to, żeby móc pracować właśnie w taki a nie inny sposób. To wbrew pozorom była droga przez mękę. Bo kiedy inni pukali się w czoło, że na co mi to, i że nic z tego nie mam i żebym wzięła się za jakąś “przyzwoitą robotę” , ja uparcie dążyłam do celu. Pisałam, robiłam zdjęcia, kręciłam filmy, studiowałam, inwestowałam w lepszy sprzęt i w siebie, i starałam się być coraz lepsza w tym co robię.

Chyba tylko Ci, którzy są ze mną od lat, wiedzą jaką drogę przeszłam, od czego zaczynałam i jaki progres w mojej pracy nastąpił. Ja wiem w jakim miejscu jestem teraz i w jakim miejscu chce być. Kocham pisać, nie wyobrażam sobie, że mogłabym robić kiedyś cokolwiek innego. No, może dodatkowo kiedyś będę robiła coś, na co jeszcze nie wpadłam. Ale nigdy nie porzucę pisania. Bo pisanie kiedyś było moją osobistą terapią na życie, dzisiaj stało się moim sposobem na życie, ale też miejscem gdzie zgromadziłam tysiące fantastycznych, podobnych mi kobiet. Wyobrażacie sobie, że mogłabym, tak z dnia na dzień Was porzucić? Tak przestać do Was pisać, poruszać emocje, dyskutować, rozmawiać, rozśmieszać, wspierać, czasem radzić, podrzucać pomysły? No ja też nie!

Jestem tutaj z Wami świadomie. Nie pracuje zawodowo w żadnym innym miejscu. Bloger-to mój zawód. Cały swój czas poświęcam na to, żeby różnymi kanałami do Was docierać.  Na przykład na Instagramie o tutaj; KLIK

Jeżeli jeszcze mnie nie obserwujesz, zrób to teraz śmiało ;) Na Instagramie możesz mnie codziennie oglądać, bo tam na InstaStories każdego dnia, staram się do Was nagrać swoje spostrzeżenia na temat życia. Na wesoło rzecz jasna :)

Jestem też na Facebooku, ale tutaj chyba polubili mnie wszyscy czytający ten tekst, bo jednak jest to najczęstsze medium docierania do Was i podsyłania Wam nowych postów z bloga.

Jeśli jednak nie, możecie to nadrobić TUTAJ

Zaczynałam od zera. Nigdy nie kupiłam sztucznych fanów, chociaż przyznaję, że w momentach kryzysu, kiedy ciężko pracowałam, a dotarcie do kogokolwiek graniczyło z cudem-przeszło mi to przez myśl. Dzisiaj bardzo się cieszę, że tego nie zrobiłam, bo jako jedna z niewielu, mogę się poszczycić realnymi czytelnikami, którzy cudownie angażują się w moje treści i którzy są tutaj z emną, bo po prostu mnie lubią i z którymi rozumiem się bez słów. To chyba największa zapłata za pracę i serce jakie wkładam w to miejsce. Dobrze mi tu. Dobrze mi z Wami. Nie wyobrażam sobie dnia, bez relacji na Instagramie, czy dyskusji na Facebooku. Ale moje blogowanie, to nie tylko kilka postów na Insa czy Facebooku dziennie. To nie tylko kilka ładnych zdjęć, śmiesznych anegdot z życia, czy żartów. Im dalej w las, tym więcej pracy.

To często długie godziny spędzone na researchu do nowych tekstów, później planowanie ich, pisanie. Do tego zawsze dochodzą zdjęcia. Kiedyś wydawało mi się, że zdjęcia to najmniejszy problem w tworzeniu treści na bloga. Niestety nie. Odpowiednia pora dnia, żeby złapać jak najwięcej światła dziennego, ustawianie dodatkowego, sztucznego światła, ustawienie miejsca do zdjęć, odpowiednia kompozycja, kontrolowanie męża, który zazwyczaj robi mi zdjęcia, sprawdzanie czy któreś zdjęcia się już nadają. Później obróbka dziesiątek, czasem setek zdjęć, żeby wybrać tylko te…kilka jedynych które później wrzucę na bloga. To czasem cały dzień pracy.

A to jeszcze nie wszystko.

Największą satysfakcję sprawiają mi filmy, ale niestety przy nich jest najwięcej pracy. Czasem to kilka dni, bo jakaś scena danego dnia nie wyszła i trzeba później dogrywać materiał, obróbka składanie filmu, to długie godziny przy komputerze. Zazwyczaj z godziny, dwóch nakręconego materiału muszę stworzyć zaledwie dwuminutowy, minutowy materiał.

Komentarze,wiadomości, maile, które mogę już liczyć w setkach a nawet tysiącach na wszystkich kanałach, a na które-przyznaję się bez bicia, nie jestem już w stanie odpowiadać. A przynajmniej nie na wszystkie. I staram się robić to mimo wszystko, bo Wy poświęcacie dla mnie swój czas, a ja jestem tu dla Was, i nie chce, żebyście czuły się olewane. Do tego wiadomości prywatne, maile…

Przy kilkudziesięciu tysiącach obserwatorów, czytelników- to cała masa pracy, dla kilku osób. A ja jestem tylko jedna. I robię co mogę, bo na głowie mam jeszcze dom, wychowanie syna i często robię to w pojedynkę, bo mąż jest za granicą. Nie. Zupełnie nie narzekam. Nakreślam Wam tylko jak to “idealne” życie blogera wygląda z drugiej strony.

I jest mi przykro, kiedy ja jestem dla Was tutaj cała, każdego dnia, nie oczekując od Was za swój czas ani złotówki, a co jakiś czas dostaję komentarze o tym, że ZNOWU pojawił się post sponsorowany, albo, że liczę tylko na zbieranie lajków i tylko te lajki się liczą. Otóż nie. To zupełnie nie tak.

Wyobraźcie sobie, że coraz więcej serwisów internetowych, które do tej pory były bezpłatne, za dostęp do swoich treści coraz częściej zaczyna pobierać opłaty. Począwszy od portali z wiadomościami, przez strony z przepisami kulinarnymi po filmy które możecie obejrzeć online. Patrząc na czas, jaki poświęcam tygodniowo na pracę nad blogiem, to wychodzi mi z tego, bardzo często, półtorej etatu. I nikt mi za to nie płaci.

To dlatego właśnie co jakiś czas na moim blogu musza się pojawiać reklamy-czyli posty z lokowaniem czy reklamą produktu, które opłaca jakaś marka. Żebym mogła opłacić rachunki, zapłacić za lekarstwa kiedy syn jest chory, kupić mu kolejną parę portek z których wyrasta jak na drożdżach i móc dalej być tu dla Was, bawić, śmieszyć, poruszać i doradzać, a jednocześnie, od Was nie brać nadal ani złotówki. Taki jest właśnie mój plan na bloga. I ja mam nadzieję, że Wy mi to “zło” jakim dla niektórych są reklamy-wybaczycie, ale inaczej się nie da. No chyba, że kiedyś wygram w totka ;) Zwłaszcza, że nie reklamuję tutaj wszystkiego jak leci, a staram się Wam polecać jedynie produkty, miejsca czy usługi, z których sama korzystam i z których jestem zadowolona. Bo nie wyobrażam sobie polecać Wam tutaj szmelcu i brać za to odpowiedzialność. To byłoby nadwyrężaniem zaufania, jakim mnie w tym miejscu obdarzacie. A to jest dla mnie kluczowy element doboru płatnych treści na bloga.

Jedyną zapłatą o jaką Was bardzo proszę są…LAJKI.

Dla Was kliknięcie kciuka to dosłownie sekunda. A nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo dla nas Wszystkich, ten jeden kciuk, każdej z Was jest Ważny.

Otóż, jeszcze kilka lat temu serwis Facebooka, był całkowicie bezpłatny dla wszystkich jego użytkowników. Jednak z czasem, kiedy stał się tak popularny, że w zasadzie 3/4 populacji na świcie stało się jego użytkownikami i śmiało możemy mówić o monopolu FB na bycie głównym medium każdego użytkownika internetu-zaczęło się to zmieniać. Bo odpowiedz sobie szczerze na pytanie- gdzie najpierw kierujesz swoje internetowe kroki o poranku? No właśnie. A zastanawiasz się czasem, co i dlaczego wyświetla się na Twoim Facebookowym newsfeedzie? Nie? No to już Ci tłumaczę i skup się proszę, bo to ma spore znaczenie. Dla mnie i dla Ciebie właśnie ;)

Otóż Facebookiem rządzą algorytmy, które nie tylko znane są jedynie samemu FB, ale też ciągle się zmieniają. Nie ma jednej skutecznej metody działania i dotarcia do Was, po za dwoma rzeczami. Po pierwsze Wam- będzie się wyświetlało to co będziecie klikać, lajkować, czyli lubić. Im więcej zalajkujecie treści danej osoby, tym większe prawdopodobieństwo, że będą się Wam wyświetlać jej treści. Czyli to od Was zależy, czy ja istnieje, czy mnie widzicie. Inaczej…płać i płacz. Znaczy to ni mniej ni więcej, jak to, że Facebook dąży do tego, aby zasięgi tego czego Wy widzicie, i do kogo docierają strony będą zależne od pieniędzy jakie w Facebooka włożymy. Czyli płatne reklamy, płatne treści na których FB kosi teraz gruby hajs. Dwie rzeczy się muszą zgadzać-ilość lajków(świadczy o popularności treści) pod postami i hajs.

Dlatego musicie mi TO wybaczyć, ale raz na jakiś czas na blogu będą pojawiać się płatne treści, nie tylko po to, żebym mogła opłacić rachunki, ale też po to, żebym mogła do Was docierać i opłacać reklamy. I musicie mi też wybaczyć TO, że częściej będę przypominała Wam o zostawieniu kciuka. Im więcej kciuków zostawicie pod postem, tym więcej osób zobaczy moje teksty, a i Wy w przyszłości też częściej będziecie je widzieć. Zresztą, co ja Wam będę ściemniała-im więcej kciuków, tym więcej mam powera i motywacji do tworzenia dla Was nowych treści! Wiecie, to taka wirtualna piątka “Hanka robisz to dobrze, działaj dalej!”. To taka wisienka na czekoladowym torcie, który zjadam na koniec mojej pracy dla Was. To taki batonik podjadany po kryjomu przed dzieckiem, bo ostatni i tylko matka wie jak bardzo smakuje. Albo nie! Mam jeszcze lepsze porównanie- to taka lampka wina, po ciężkim dniu, kiedy Twoje dziecko, praca  i życie przeczołgały Cię na kolanach. Tak. Właśnie tak!

To jak, mogę liczyć na Wasze kciukowe wsparcie? ;)