Jestem w szoku, jak wielką potrzebę rozmawiania o niepłodności macie Wy-moje czytelniczki. Chociaż zupełnie nie powinnam. Nauczyłam się już przecież, że na tematy na które rozmawia się najtrudniej, trzeba rozmawiać najgłośniej. Żeby je oswoić, żeby łatwiej się o nich rozmawiało właśnie. Żeby poczuć wsparcie kogoś, kto przeszedł tą samą drogę. I rozumie. Tak po prostu rozumie. 

Jeżeli nie rozumiesz zupełnie, w czym rzecz, czym jest wielka chęć posiadania dziecka, którego mieć nie można z miliona różnych powodów. Na które czeka się całymi latami. Jeżeli nie rozumiesz tej drogi, uczuć jej towarzyszących-po prostu idź dalej. Nie komentuj, nie dawaj upustu swej życiowej frustracji. Nie tutaj, nie w tym miejscu, nie teraz. Na to nie pozwolę. Bo wiem, jak bardzo to może zaboleć. No chyba, że nie rozumiesz, a chciałabyś zrozumieć. Usiądź wygodnie i czytaj.

Zdradzę Wam sekret. Ja wiedziałam, że pewnego dnia nadejdzie taki moment, kiedy zaczniemy starać się o drugie dziecko. Przez osiem lat od urodzenia Młodego, miałam różne momenty swojego macierzyństwa, w których moje uczucia, odczucia odnośnie podwójnego macierzyństwa przechodziły różne fazy. Raz zarzekałam się, że absolutnie nigdy więcej nie wpakuję się w pieluchy i pyskującego małego stwora, którego ciężko ogarnąć. A innym razem ryczałam, bo bardzo chciałam już tulić w ramionach kolejne swoje dziecko, ale to jeszcze nie był TEN odpowiedni moment. Kiedy w końcu uświadomiliśmy sobie, że nigdy takiego odpowiedniego momentu nie będzie, przysięgam Wam, byłam przekonana, że tym razem będzie zupełnie inaczej. Że tym razem będzie łatwiej. Szybciej. Że uda nam się po miesiącu, dwóch.

O jak bardzo się myliłam!

Nie wiem, czy bardziej chciałam oszukać siebie, swoją psychikę-która wiedziałam jak znów zareaguje, kiedy okaże się, że nie dane mi jest zostać mamą na zawołanie. Czy też swój organizm. Że niby zupełnie mi niezależny, że jak się uda to fajnie, jak nie to trudno,  i tak będziemy się starać do skutku. Bo podobno bardzo wiele zależy od naszej psychiki i nastawienia. Że niby jakieś blokady i takie tam. Guzik prawda!

Kilka miesięcy, a raczej kilka dobrych staraniowych cykli. Czyli prawie rok… Tyle zajęło mi, żebym wbiła sobie do głowy, że owszem moje nastawienie pomoże mi. Łatwiej żyć, mniej o tym myśleć i mniej płakać w poduszkę, kiedy znów się nie uda. Jednak nasz organizm działa trochę jak dobrze zaprogramowany komputer. Wszystkie ścieżki na dyskach twardych po coś są i jeżeli, któraś z nich się przepali, wkradnie się jakiś wirus-komputer będzie działał dużo wolniej, będzie się mulił, zwieszał, a nawet przestanie działać całkiem.

Tak właśnie działa nasz organizm.

Głowa pomoże nam jedynie, albo aż-żyć „szczęśliwiej”, co w wypadku niepłodności jest bardzo trudne i zrozumie to tylko kobieta, która tę drogę przechodziła. Jednak nic, ale to absolutnie nic nie zastąpi odpowiedniej diagnozy, wdrożenia leczenia i…odrobiny szczęścia, że to jest „tylko” ta przeszkoda w naszym(lub naszego partnera!) organizmie, którą należy usunąć. Bo często niestety, w wypadku niepłodności, tych przyczyn jest wiele i nie zawsze wszystkie uda się od razu, albo w ogóle wykryć…

W moim przypadku, przy niedoczynności i IO, wiedziałam, że zajście w ciążę to pikuś. Utrzymanie ciąży to inna para kaloszy. Ponieważ organizm, którego praca tarczycy jest zaburzona, nie wydziela odpowiedniej ilości hormonów-do odpowiedniego, prawidłowego funkcjonowania-każdą ciążę potraktuje jak wirusa, który zbytnio obciąża organizm. I będzie chciał się jej pozbyć.

Sądny dzień cyklu.

Pamiętam, jak od samego początku pilnowałam każdego cyklu. Nie, że z zegarkiem w ręku każdej owulacji. Nie. Tutaj akurat, nie dałam się zwariować. W przeciwieństwie do pierwszej planowanej ciąży. Ale kiedy zbliżał się sądny dzień cyklu, dzień w którym dalsze drogi mogły być tylko dwie-albo jestem w ciąży, albo mnie krew zalej. I to dosłownie. Tego dnia byłam zaopatrzona w kilka testów ciążowych.

Robiłam je po kryjomu. Zawsze.

Trochę nie wiem czemu. A trochę wstydziłam się własnych nadziei i ewentualnej porażki.

Każdy test robiłam drżącą ręką i na każdy patrzyłam tym samym tęsknym wzrokiem. To trochę tak, jak…z maturą-zdałam czy nie zdałam?!  Kiedy nie pojawiała się druga kreska po pierwszych minutach, odkładałam test na półkę i wracałam do niego kilka minut później. To nic, że producent daje wiarygodność testom ciążowym tylko przez pierwsze pięć minut od jego wykonania.

Robiłam tak za każdym chrzanionym razem!

To była taka moja mała wielka nadzieja. Że tym razem przecież będzie inaczej, że w życiu nie można mieć takiego pecha, że każde staranie o dziecko będzie przynosiło tyle trudu, bólu, cierpienia, niepewności…

Nie wiem ile przez ostatni rok takich testów wykonałam. Przestałam liczyć po pierwszych trzech. Na początku nie wyobrażałam sobie tego testu nie zrobić przed każdą miesiączką. Bałam się, że jeżeli nie zrobię testu, historia może się powtórzyć.

Bo kiedy w końcu udało mi się zajść w pierwszą ciążę z Młodym, osiem lat temu, dowiedziałam się tylko dlatego, że rano zrobiłam test. Wieczorem już zaczęłam plamić…Gdyby nie poranny test, najprawdopodobniej dzisiaj nie byłoby Młodego. Gdyby nie tamten test, tamtego dnia, nawet nie wiedziałabym, że byłam w ogóle w ciąży.

To chyba, a raczej na pewno dlatego, dałam się porwać nurtowi szaleństwa hormonów. Chciałam mieć możliwość zareagowania w porę i zabezpieczenia swojego organizmu i ciąży na wszelki wypadek.  Jednego dnia miałam wielkie nadzieje, a momentami nawet pewność, że tym razem się udało. Kolejnego, kiedy okazywało się, że tym razem znowu nic z tego, przeżywałam swojego rodzaju żałobę.

Bo ciężko to inaczej nazwać.

Czasem płakałam głośno, i wtedy nieporadnie pocieszał mnie Alvaro. Ale z reguły, starałam się ukrywać swój ból i to jak bardzo mnie to dotykało. Nie wiem, ale mam takie poczucie, że on nie do końca mnie rozumie. Mimo, że wiem jak bardzo mnie kocha i wiem, że martwi się o mnie i wspiera na każdym kroku. TYCH uczuć, nie jest w stanie zrozumieć żaden mężczyzna i żadna kobieta, która tego nie przeżyła…

Tego jestem pewna.

Na całe szczęście, każda taka żałoba nie trwała dłużej niż jeden dzień. I chyba tak jest u każdej kobiety. Bo kiedy ocierasz ostatnią łzę, kiedy wypuszczasz w końcu mocno powietrze, kiedy opuszcza Cię ten największy ból i żal-dociera do Ciebie, że przecież właśnie zaczynasz kolejny, nowy cykl. I wtedy wstępuje w Ciebie nowa nadzieja. Że przecież nie wszystko stracone.

I zaczynasz walczyć od nowa.

Chciałabym Wam powiedzieć, że mi minęło, że po prawie roku jest łatwiej.

Na pewno jest inaczej. Te wielkie płonne nadzieje, że tym razem szybko uda mi się zostać znowu mamą-zniknęły.

Nie ma ich.

Czy ból, żal i rozczarowanie z czasem, przy kolejnych miesiącach porażki znikają? Chyba nie. Na pewno nie. Tego nie da się odłożyć na półkę. To nie, jakiś guzik, który można dowolnie włączać i wyłączać. Chęci posiadania dziecka i instynktu macierzyńskiego nie da się wyłączyć w dowolnym momencie. To jest. I chociaż czasem, z obawy przed bólem i rozczarowaniem właśnie, bardzo chcemy go ukryć, nawet przed samą sobą, to zawsze w nas będzie. Więc, ten żal zawsze się pojawia. Tylko czasem można go bardziej oswoić. Można nauczyć się  go przeżywać inaczej.

Można nauczyć się go nie okazywać przed bliskimi.

Można nauczyć się przeżywać go w samotności.