To nie jest sytuacja, która przydarza się każdemu. Od kilku lat głośno mówi się o tym, że nie wolno, pod żadnym pozorem zostawiać dzieci samych, zamkniętych w samochodzie. Zwłaszcza w upał! Myślisz sobie, widząc kolejny podobny apel, podczas kolejnej fali upałów, że przecież to oczywiste. Że żaden rodzic nie wpadnie na taki pomysł. Że przecież nie narazi swojego dziecka. Ja też tak myślałam. Do wczoraj…

Wierzcie mi, że za każdym razem, kiedy słyszałam o takim apelu gdzieś w wiadomościach, kiedy mówiono o tym, żeby nie zostawiać dziecka w samochodzie. Ale też o tym, że jeżeli zobaczymy dziecko(albo psa) w zamkniętym aucie- żeby reagować. Za każdym razem myślałam sobie, spoko, i tak mnie to nie spotka. Przecież, na całe szczęście, dzięki takim apelom, coraz większa część społeczeństwa jest uświadomiona, i nie wpadnie na podobny idiotyczny pomysł. O jakże się myliłam!

To było wczoraj. Wróciła nowa fala upałów. No i cudownie, w końcu to lipiec, wakacje, ileż można chodzić w swetrach! Szybkie zakupy w sobotę w markecie. No wpadłam dosłownie po dwie rzeczy. Zajęło mi to( a właściwie nam, bo byłam z Młodym)może dziesięć minut. Wracam do samochodu, a raczej wskakuje do nagrzanej do granic możliwości metalowej puszki i ledwo łapie haust powietrza. Wkładam kluczyk do stacyjki, żeby szybko zapuścić klimatyzację i odruchowo patrzę w boczne lusterko, patrząc czy nikt się wokół nie zbliża, bo za chwilę mam zamiar ruszać. Wtedy, kątem oka, w samochodzie obok dostrzegam dziecko…

Szybka analiza sytuacji, może nie widzę matki, albo ojca, może silnik jest zapalony i włączona jest klimatyzacja. Ale nie…

Nie, to przecież niemożliwe! Jest za gorąco, nikt nie wpadłby na tak ryzykowny i idiotyczny pomysł i nie zostawiłby dziecka w aucie w taki upał!

Przyglądam się uważniej. Nie dostrzegam żadnego z rodziców. Rozumiecie? Obok w samochodzie, w zamkniętym szczelnie samochodzie, bez opieki, siedzi pięcioletnie dziecko. Jest lipcowe upalne południe…

Gasze silnik samochodu. Poczekam chwilkę. Na pewno za chwilkę wrócą. Może odstawiają wózek sklepowy?

Wytrzymuję w swoim zamkniętym samochodzie minutę i wyskakuję z niego jak oparzona, razem z synem, łapiąc łapczywie powietrze. Decyzję podejmuję w tej samej minucie. Skoro ja nie jestem w stanie wytrzymać w samochodzie minuty, co może dziać się z tym dzieckiem, którego rodziców na horyzoncie nie widać i nie wiadomo jak długo już tam siedzi.

Przez kilka sekund analizuję samochód-okna pozamykane. Obserwuje dziecko-coś z nim nie tak. Jest przytomne, ale widzę, że jest mu równie ciężko oddychać, co przed chwilą mi.

Dłużej się nie zastanawiam co robić.

Pukam w okno małego i pytam czy wszystko w porządku i czy może otworzyć okno. Dziecko odpowiada, że tak, ale okna niestety nie może otworzyć. Proszę, żeby otworzyło drzwi. Samochód jest starszego typu, więc w środku są te małe wciskane „cypki” przy oknie, do zatrzaskiwania od środka. Dziecko nie zastanawia się ani sekundy i od razu dopada do mechanizmu zamykającego drzwi. Wtedy dochodzi do mnie powaga sytuacji. Powiedział, że czuje się dobrze, ale bez wahania postanowił otworzyć drzwi obcej osobie z uczuciem ulgi, że ktoś chce go z tej puszki uwolnić. Byłam w szoku!

Chłopak szarpie się kilka sekund, ale nie daje rady. Proszę, żeby spróbował z drugiej strony, a ja w tym czasie już rozglądam się za jakimś mężczyzną, który pomoże wybić mi szybę. Wtedy wpadam na pomysł, żeby spróbował od strony kierowcy- bo przypominam siebie, że tak kiedyś można było zablokować i odblokować wszystkie drzwi w samochodzie. Malec przeskakuje w sekundę do przodu i od razu udaje mu się odbezpieczyć wszystkie drzwi. Otwieram je, a w tej samej sekundzie dziecko jest już przy mnie łapiąc oddech.

Jeszcze raz pytam czy wszystko w porządku, czy dobrze się czuje ale widzę, że na szczęście nic wielkiego się nie stało. Chociaż mogło…

Przecież nie wiem jak długo tam siedział. Nie wiem też, jak długo mógłby siedzieć zamknięty w samochodzie, gdybym nie postanowiła zareagować.

Zastanawiam się co dalej. Wzywać policję? Ale po co? Dziecko jest już bezpieczne, nie odjadę na pewno, nie zostawię go samego i zaczekam razem z nim na rodziców. Zresztą, nawet jeśli zadzwonię na policję, pewnie nie dojedzie zanim wrócą rodzice, a Ci przerażeni na pewno uciekną. No i koniec końców, nic się nie stało. Chociaż mogło…

Patrzę na zegarek i zaczynam odliczać czas. Zastanawiam się jak szybko wrócą rodzice malca. I jak zareagują?! Przecież ja, obca baba, wyciągnęłam ich dziecko z samochodu. Mogą mnie zaatakować.

Zaczynam się stresować.

Zastanawiam się czy dobrze zrobiłam. Może byłam nadgorliwa? Może trzeba było odjechać, albo po prostu zaczekać w samochodzie dłużej i upewnić się, że dziecko jest bezpieczne? Może jednak trzeba było wezwać policję? Już sama nie wiem…

Po dziesięciu minutach, nie mam wątpliwości, że dobrze zrobiłam. Po dwudziestu minutach czekania na rodziców dziecka, wiem już, że to była najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć.

W tej samej chwili słyszę jak chłopiec mówi, ze idzie jego tata.

Facet nawet na mnie nie patrzy. Nawet nie podchodzi do syna! Od razu atakuje drzwi kierowcy chcąc uciec! Doskonale wie, co się właśnie wydarzyło, ale chce udać, że nie ma tematu.

O nie mój Panie, nie tym razem! Wiem, że jeżeli nic nie powiem, nie skomentuje tego co zaszło, do faceta nic nie dotrze. Bo wyglądałoby to tak, jakby malec sam owtoryzł auto, a ja stałam sobie po prostu obok.

-Ja bardzo przepraszam, ale czy to Pana dziecko?-pytam faceta

Teraz nie ma wyjścia, musi stanąć twarzą w twarz z tym co właśnie zrobił.

Tak, wiem, myślałem, że tylko wejdę do sklepu i uda mi się załatwić sprawę raz dwa.

-Wie Pan, to nie był najlepszy pomysł zostawiać dziecko z zamkniętym szczelnie aucie w taki upał, chłopak kiepsko wyglądał musiałam go wyciągnąć!

Facet, ani myśli ze mną dyskutować. Rzuca tylko niedbale „spoko, rozumiem” i już otwiera drzwi, żeby wskoczyć do auta i uniknąć dalszej konfrontacji i konsekwencji. Zanim jednak odjedzie, rzucam mu prosto oczy, że następnym razem to się może gorzej skończyć, a ktoś inny zadzwoni na policję.

Przynajmniej wiem, że dałam mu do myślenia. Wiem, że kiedy następnym razem, wyskoczy tylko szybko coś załatwić, dziesięć razy się zastanowi, zanim zostawi dziecko w aucie.

I chociaż, przez kilka godzin po tej sytuacji, nie mogłam się otrząsnąć, bo dopiero później dotarła do mnie powaga sytuacji. Dopiero później, dotarło do mnie co stałoby się, gdybym po prostu odjechała, bo rodzice zaraz na pewno wrócą. I chociaż jeszcze przez chwilę później miałam wątpliwości, czy może jednak nie byłam nadgorliwa.

To kiedy dzisiaj, po calutkiej spokojnej, przespanej nocy, obudziłam się rano i spojrzałam w lustro-pomyślałam sobie, że zareagowałam najlepiej jak mogłam. Bo dzięki temu ze spokojem mogłam spać, a dzisiaj nie muszę się zamartwiać, zastanawiając się, co stało się z tamtym dzieckiem. Wiem, że mu pomogłam i być może uratowałam życie. Wiem, że jest bezpieczny.

Jeżeli więc, zastanawiasz się, jak zareagować kiedy podobna sytuacja spotka Ciebie- nie wahaj się! Lepiej być nadgorliwym, niż być świadkiem sytuacji, nie zareagować i mieć na sumieniu czyjeś życie lub zdrowie.

I jeszcze jedno…To mógł być syn jednej z Was. To mąż jednej z Was mógł wpaść na tak „genialny” pomysł. Niby im ufacie, niby są tacy odpowiedzialni, niby zdają sobie sprawę z zagrożenia. Okazuje się, że nie zawsze i nie do końca. Uczulcie swoich facetów, znajomych czy rodzinę-pod żadnym pozorem nie zostawia się dziecka samego w aucie.

Nawet na kilka minut!