Wspomnienia z lat szkolnych wyparłam z pamięci. Przynajmniej te gorsze. A było ich wiele. O wiele za dużo. W zasadzie nie wiem czy są jakieś fajne wspomnienia, które chciałabym przywołać…Nie ma co kręcić, swoją młodość wspominam jako traumę, a szkoła miała na tę traumę wielki wpływ. Szkoła uczy i wychowuje

Szkoła uczy i wychowuje

Jeszcze w podstawówce radziłam sobie całkiem nieźle. Nieźle, kiedy popatrzeć z perspektywy czasu i takim obiektywnym okiem. Gdzieś nawet przewinęło mi się świadectwo z paskiem. Pewnie to jakieś pierwsze klasy, ale jednak. Później do końca podstawówki było względnie. Większych problemów nie miała, moja średnia oscylowała w granicach 4,0. Chyba niezły wynik?

Dla mnie tak. Jednak w mojej pamięci wyryło się, że to zawsze było za mało. Nie pamiętam pochwał. Może je też wyparłam, może pamiętać nie chcę. Ale serio, nawet kiedy dostałam „czwórkę”, słyszałam dlaczego nie piątka ?! 

Nie wiem czy w zamyśle miało mnie to motywować. Dzisiaj widzę niespełnione ambicje rodziców. Pchali na siłę do liceum, później na studia. Bo studia być muszą i już. Jasne, że się buntowałam! Studia robię dopiero od dwóch lat, tylko dla siebie, spełniając swoje marzenia. A motywacją tamte słowa, mające mnie pchnąć ku lepszym ocenom, na pewno nie były. Wykuły mi się w pamięci, jako kompleks. Nigdy nie będę wystarczająco dobra, żeby ktoś był ze mnie dumny. Zostało do dziś….

Później było liceum. Chciałam iść z koleżanką do zawodówki. Dzisiaj widzę, że to była całkiem niezła myśl. Może nawet przeniosłabym się na kierunek gastronomiczny i dziś robiłabym zawodowo to co uwielbiam…Ale, nie wiemy co by było gdyby. Poszłam do liceum, bo tam były znajomości, które-paradoksalnie, nie za wiele pomogły, kiedy były potrzebne. Tam zaczął się mój największy koszmar.

Niby byłam względnie lubiana. Radziłam sobie na tym polu jakoś. Mimo wielkich kompleksów, jakoś udawało mi się być „fajną”, gorzej szła mi nauka. Dzisiaj zastanawiam się, dlaczego się nie uczyłam. Na pewno nie byłam umysłem ścisłym. Kompletnie. Do dzisiaj mam problem z większymi obliczeniami. Śmieje się nawet, że wzięłam z tego powodu ślub z dożywotnim kalkulatorem. Szalony potrafi obliczyć wszystko.

Za to zawsze kochałam pisać. Nawet ktoś to parę razy docenił, chwalił, tylko nikt nie potrafił tego wykorzystać i przekuć w jakiś sukces, atut chociażby mój.

Jakoś nikt nigdy, odkąd pamiętam nie skupiał się na tym, co u mnie dobre. Zawsze jak cień, ciągnął się za mną ciurek moich wad. Już od podstawówki, miałam problem z Chemią…

Jednak w podstawówce, miałam wrażenie, że kobieta wiedziała, że nie każdy musi być chemikiem. Mało tego, kiedy zmieniła nam się nauczycielka, ja tą chemię nawer rozumiałam. Nawet bardzo. Gorzej było w liceum. Tam dopiero zaczęła się jatka.

 Tak naprawdę, do dzisiaj zastanawiam się na ile moje umiejętności były tak małe, że trzeba mnie było uparcie oblewać, a na ile chemiczka zwyczajnie mnie nie lubiła.

Czepiała się o wszystko. Bluzeczka za bardzo odkrywała ramiona, oko za bardzo pomalowane, włosy zbyt rozjaśnione. Buty nawet nosiłam nie takie. Co bym nie zrobiła, jak bardzo się nie starała i tak znalazła coś, żeby się doczepić. Doszło do tego, że bałam się jej spojrzeć w oczy. Nawet na korytarzu, kiedy nie miałam z nią lekcji. W mojej klasie, tępaków z chemii było więcej. Jednak to ja uparcie byłam gnębiona. Nie mam pojęcia dlaczego. Dlaczego właśnie ja?

 Miałam z chemii dwie poprawki. Jedną udało mi się przejść obronną ręką. Przy drugiej zostałam oblana. I to ewidentnie złośliwie i z premedytacją. Tamtego roku zawaliłam tez geografię. To był kiepski rok. Nałożyło mi się wiele innych spraw. Miałam bardzo słabą, zakompleksioną psychikę. Konsekwencje były opłakane. Ale kiedy się podniosłam, walczyłam z całych sił.

Na poprawce z geografii komisja była wielce zdziwiona. Że co ja tam robię w ogóle, że dali by mi czwórkę, czy piątkę nawet, ale na komisie mogą dać jedynie dostateczny. Spoko. Dałam dupy wcześniej, ponosiłam konsekwencję później. Luz.

Na chemii nie poszło tak łatwo. Baba czepiała się od samego początku, inni ściągali-obrywało się mi, mimo że ja nie ściągałam. Wiedziałam, że mogę na głowie stanąć i tak mnie uwali. I tak się stało. Przy ustnym dostałam trzy pytania, jak wszyscy. Dziewczyna przede mną (która ściągała, została złapana, a oberwało się mi) nie potrafiła odpowiedzieć na swoje pytania. Chemiczka pomogła, w zasadzie zrobiła zadania za nią. Ja swoje rozwiązałam. Kiedy zaczęłam przedstawiać wyniki na tablicy, chemiczka ostentacyjnie stwierdziła, że ściągnęłam wyniki, więc zada mi pytania dodatkowe. Wiedziałam że już po mnie. Roztrzepało mnie, nie mogłam skupić myśli. Kobieta to wykorzystała i rzucała pytaniami jak z karabinu, jeszcze nie zaczęłam odpowiadać na jedno, już słyszałam następne.

Wyszłam cała w szoku, podejrzewając wynik. Chłopak który wyszedł za mną, był w jeszcze większym szoku. Podszedł do mojej mamy i powiedział, że jeśli nie zdam, to tylko dlatego że baba chciała mnie ulać. Nie miało znaczenia czy coś umiem.

I tak też się stało. Później drogą znajomości, dowiedziałam się, że komisja też była w lekkim szoku jak zostałam potraktowana. Polecili odwołanie do Kuratorium Oświaty.

Odpuściłam, wiedziałam z kim zadzieram. Wystarczająco doznałam upokorzeń przez tą kobietę, o zgrozo dyrektorkę szkoły. To mogłaby być walka na śmierć i życie. I tu o moje życie miało chodzić. A ja żyć chciałam.

Wiedziałam, że nie zasłużyłam na kiblowanie. Ulać kogoś przed klasą maturalną, i to w taki sposób trzeba mieć konkretny powód. Bolało. I boli do dzisiaj. Ale gdybym wtedy zaczęła z nią walczyć na noże, z moją zharataną psychiką mogłabym skończyć, jak dwoje innych jej uczniów.

Popełniając samobójstwo.

Tak, miewałam takie myśli. Nie raz.Być może w moim przypadku, czynników było więcej. Nie zmienia to faktu, że szkoła była kluczowym.

 W swoim liceum spędziłam jeszcze pierwsze dwa tygodnie września. Miałam kolejnego pecha. Byłam ostatnim rocznikiem pozagimnazjalnym. Nie mogłam kiblowac u niższych roczników. Dla takich jak ja, zostało stworzonych kilka klas w całym mieście.

Domyślacie się jak wyglądała trzydziestu-osobowa klasa kiblujących? To był dopiero hardcore!

Nie wytrzymałam, postanowiłam „rzucić” szkołę. Ściślej, poszłam do wieczorówki dla dorosłych a dziennie pracowałam. Tam tez nie było szału, ale byłam traktowana jak dorosły człowiek, który chce zdobyć wykształcenie, a nie jak pierdolnięty małolat, na pewno ćpun, nieletni degenerat.

Przy maturze doznałam olśnienia. Kształcą nas całe pokolenia ludzi, którzy nie powinny tego robić! Ludzi, którzy nie mają podejścia, nie czują powołania, którzy nie potrafią, wyzbyć się uprzedzeń i przekazać pasji.

Matmy na szczęście, jeszcze nie musiałam pisać. Poradziłam sobie całkiem nieźle, wbrew zapewnieniom mojej chemiczki. Zaskoczeniem był język niemiecki. W liceum trafiła mi się nauczycielka beznadziejna. Przypadek podobny jak chemiczka. Jednak dzisiaj wiem, że miała świadomość moich umiejętności i faktu, że jako zwykły nauczyciel(nie to co chemiczka, dyrektorka) powinna być obiektywna. Mogła mnie nie lubić, ale musiała wiedzieć, że szprechać umiem. Ocenę u niej jednak miałam beznadziejną. Później nie miałam już do czynienia z niemieckim. W wieczorówce był angielski. Jednak ten mi nie szedł, więc na maturę wzięłam niemiecki. Bez większego przygotowania, zdałam jako druga w szkole…

Skąd te wspomnienia? Dwa dni temu, program „Uwaga” poświęcony był kilkunastoletniemu chłopcu, który popełnił samobójstwo. Najprawdopodobniej przez gnębiącą go nauczycielkę z historii. Oglądałam program i widziałam siebie z przed kilkunastu lat. Byłam tak bliska tego, żeby być na miejscu tego chłopca….

W reportażu nakręcili migawkę z zebrania w szkole rodziców z dyrekcją, już po samobójstwie chłopca. Rodzice wprost oskarżali historyczkę, twierdząc że gnębiła nie tylko tamtego chłopca. Dyrekcja stwierdziła, że nie wysuwałaby takich oskarżeń, bo nie wiadomo, co było przyczyna, a tego dowiedzie śledztwo prokuratury.

Ja, jako niegdyś dziecko, które miało myśli samobójcze, przez gnębiącego mnie nauczyciela, mogę z całym przekonaniem stwierdzić, że nauczycielka przyczyniła się do samobójstwa chłopca! Nie potrzebuję dochodzenia prokuratury, która i tak będzie się starała jak najbardziej wybielić i wystrzec przed zlinczowaniem nauczycielkę.

Jeżeli jesteś nauczycielem i wydaje Ci się, że Twoją rolą w życiu młodego człowieka, jest tylko przekazanie posiadanej przez siebie wiedzy, jesteś w błędzie.

Dzieci, młodsze, starsze to glina, z której rodzice i nauczyciele kształtują człowieka. To od nich zależy, na jakich ludzi wyrosną. Od nich zależy, czy gnębiąc, nie doceniając, wykształcą kogoś zakompleksionego, bez ambicji, bez własnych pasji, bez chęci na lepsze życie. Czy też wysilą się trochę, pokazując że zdobywanie wiedzy może być ciekawe, że może to być fajna przygoda, która, ewentualnie może zaowocować w przyszłości.

Nie każdy młody człowiek musi być od razu chemikiem czy historykiem! Ale Jeśli się postaracie kochani, możecie przekazać młodym ludziom wiele ciekawych informacji, po które sami kiedyś na pewno nie sięgną. Na pewno nie, kiedy obrzydzicie im życie swoim brakiem podejścia.

Temat szkolnictwa to temat rzeka. Mogłabym napisać o tym, że uważam, iż przyszli nauczyciele powinni przechodzić testy psychologiczne. I o tym, że w szkole uczy się wielu nieprzydatnych rzeczy, nie zwracając uwagi kompletnie na predyspozycje jednostek i na to, że nie wszystkie umysły są ścisłe, albo humanistyczne na przykład. Albo o tym, że rodzice powariowali, cisnąć dzieci w wyścig szczurów!

MUSISZ być najlepszy w klasie, mieć same piątki. Nie umiesz czegoś napisać, zedrzyj z internetów(serio, znam takich rodziców) byleby piątka była. Daj zrobię Ci tę prace na plastykę, będzie piąteczka, kreatywności nauczysz się kiedy indziej. MUSISZ iść na studia. To prestiż jest. Człowiek bez studiów jest nic nie warty….

Ja na szczęście, przeżyłam, tamten okres, chociaż byłam o krok od krawędzi. Miałam w życiu pecha. Trafiałam na niekompetentnych ludzi, którzy nie chcieli mi pomóc, podcinali skrzydła i tłamsili. Nie obyło się na spustoszeniach na psychice. Życie chyba wynagradza mi tamten okres teraz. Może dzięki temu potrafię dzisiaj docenić więcej…

 Przede mną najcięższa próba w życiu. Szkoła młodego. Chciałabym go ustrzec przed tymi wszystkimi błędami, które były popełnione przy mnie. Już teraz widzę, że będzie ciężko. Młody nie wykazuje żadnych chęci do nauki literek czy cyferek. Już teraz mówi, że on się uczył nie będzie;) Mamy jeszcze czas, ale chciałabym mu pokazać, że literki są fajne, że sam będzie sobie mógł czytać. Na pewno nie będzie u nas ciśnienia na oceny, tutaj z Szalonym jesteśmy zgodni. Nie będzie ciśnienia na drogę, jaką ma pójść. To jego życie, i ma, przeżyć je popełniając własne błędy i idąc ścieżką, którą sam wybrał. My zawsze będziemy obok, gotowi podać pomocną dłoń czy wesprzeć w cięższych chwilach.