Wiem, bo sama stosowałam. Oczywiście, to były początki mojej macierzyńskiej kariery, kiedy to miałam marzenie, zdobyć złoty puchar najlepszej matki świata. Czytałam mądre książki, słuchałam „najlepszych” specjalistek z dziedziny psychologii dziecięcej. I powiem Wam jedno, ta metoda-system kar i nagród odbił mi się czkawką. 

Ustalmy na początku, jak to już mamy w zwyczaju, że psychologiem nie jestem, a moje macierzyństwo to czysta improwizacja, pokonywanie przeszkód jakie stawia mi życie każdego dnia i uczenie się na…własnych błędach i porażkach. Nigdy nikomu nie powiem jak ma żyć i jak ma wychowywać swoje dziecko. Bo to co działa na mnie i mojego potomnego, zupełnie może nie zdawać egzaminu w Waszym życiu. Ja tylko, wyciągam wnioski ze swojego życia i dzielę się nimi z Wami. Ile z tego wyciągniecie dla siebie, i czy w ogóle, to już Wasza sprawa. Pamiętajcie jednak, że dystans i wsłuchanie się w swoje dziecko to najlepsza metoda wychowawcza, z jakiej przyszło mi do tej pory korzystać.

Za każdym razem, kiedy któraś z mam na mojej zamkniętej  grupie, lub gdziekolwiek indziej, ma problem z posłuszeństwem swojego dziecka i zdyscyplinowaniem go, najczęstszą radą jaką jest zarzucana jest system kar i nagród. Czyli tak zwana tablica motywacyjna. To taka metoda kija i marchewki dla dzieci. I zapewne każda z Was o niej słyszała, część pewnie stosowała, może nawet bardzo zachwala, bo dzięki tej metodzie, wreszcie sprawujecie kontrolę wychowawczą nad swoim dzieckiem. I fajnie. Fajnie, ale do czasu. Bo czy ktokolwiek z Was przeanalizował to metodę. Czy kiedykolwiek zastanawiałyście się, do czego może prowadzić długofalowe stosowanie tablicy motywacyjnej u dziecka?

Zaczyna się niewinnie

Za umyte ząbki naklejka, za posprzątanie zabawek kolejna, a po zebraniu ośmiu naklejek lizak w nagrodę. Ileż jest radochy, kiedy dziecko samo przykleja naklejkę, na tablicę, która wsi w widocznym miejscu i dumnie prezentuje zdobyte przez dziecko sprawności. Fajnie jest przez tydzień albo dwa. Przy dobrych wiatrach miesiąc uda Wam się ta sztuczka. Później wraz z rozwojem dziecka, jego wiekiem i mądrością, a z czasem najzwyklejszym w świecie nabywaniem logicznego myślenia, kalkulowania, my mamy musimy podnosić poprzeczkę. Bo o ile dla dwulatka lizak może być szczytem marzeń, o tyle pięciolatkowi już zupełni na nim nie zależy.

Zaczyna się negocjowanie warunków umowy. Teraz za umycie zębów już naklejka nie wystarczy, teraz przydałaby się jakaś złotówka albo z wiekiem dwie. Za posprzątanie pokoju najlepiej piątak, a wykoszenie ogrodu to pewnie z pięć dyszek powinno wskoczyć. Ewentualnie możecie się umówić na kino, wyjazd do parku rozrywki czy nową grę na konsolę. Wszystko zależy, od potrzeb, które wraz z wiekiem rosną. A raczej koszt tych potrzeb czy tez marzeń.

Pewnego dnia zauważasz, że coś tu jest nie halo. Twojemu dziecku nie przeszkadza burdel w pokoju, a bez szelestu banknotu nie podniesie tyłka, żeby posprzątać. Możesz zapomnieć o wyniesieniu śmieci, jeśli nie kopsniesz kasą. A jakakolwiek inna pomoc jest totalnie nie do wynegocjowania. Pamiętaj. Hajs się musi zgadzać.

Dochodzi do tego, że uczestniczenie w życiu rodzinnym, pomaganie swojej ukochanej mamie, wypełnianie swoich domowych obowiązków-musi się dziecku opłacać.

Później wcale nie jest lepiej. Na każdym kroku roszczeniowa postawa. Bo się należy. O bezinteresownej pomocy mowy nie ma, bo się przecież nie opłaca. A w życiu wszystko się musi opłacać. Inaczej po co ruszyć tyłek z kanapy? Po co pomóc, kiedy ktoś jest w potrzebie, bez względu na to czy jest to ktoś bliski, czy też zupełnie obcy?

Brzmi brutalnie i jest to pewnie jeden ze skrajnych przypadków. Ale coraz częstszych. I ja sobie dam teraz rękę uciąć, że pewnie pomyślałaś sobie- eee tam, ja na pewno nigdy do takiej sytuacji nie doprowadzę! Hanka trochę koloryzujesz.

Nie. Nie koloryzuję. Przedstawiam Ci prawdopodobną konsekwencję tak bardzo zachwalanego i polecanego systemu kar i nagród, stosowanego bez zdrowego rozsądku.

Wiem co mówię, bo sama pewnego dnia, kilka lat temu zapędziłam się w tej metodzie. Zaczęłam od czekolady, a ocknęłam się na nowych zestawach Lego. Zamiast motywować swoje dziecko do pracy, machałam mu przed nosem marchewką na kiju, a on na oślep, na szybko, często byle jak robił co od niego wymagałam, żeby tylko tą marchewkę z kija zerwać. Nie liczyło się nic więcej.

Problem pojawił się, kiedy pewnego dnia, po tym jak poprosiłam, żeby pozbierał swoje zabawki, które sam porozrzucał usłyszałam- a co ja z tego będę miał?

W głowie zapaliła mi się czerwona lampka. Przecież tak dłużej być nie mogło! To do niczego dobrego nie prowadziło. Przecież, ślepo zawierzając systemowi tablicy motywacyjnej, sama wychowywałam w domu roszczeniowe dziecko, które zaczęło funkcjonować na zasadzie sytemu 1-1. Ja coś dla Ciebie zrobię, a Ty w zamian dasz mi to czego chcę. Na moje szczęście, to trwało bardzo krótko, a ja bardzo szybko zauważyłam negatywne skutki takiego systemu motywacyjnego i na stałe wyrzuciłam go z naszego życia. Czy było łatwo?

Absolutnie nie!

Im mniejsze dzieci, tym łatwiej i szybciej chłoną jak gąbka, zwłaszcza kiedy coś im się podoba i coś jest po ich myśli. Kiedy więc przestałam nagradzać, początkowo stawiał opór, kiedy prosiłam go żeby coś zrobił. Moja konsekwencja, upór i setki rozmów pomogły mi odzyskać dziecko nie omamione szukaniem korzyści, w każdej wymaganej od niego czynności. Nie mówię, że dzisiaj jest idealnie, i że mój syn bez słowa sprzeciwu sprząta swój pokój, albo wynosi śmieci. Nie. Ale dzisiaj ten sprzeciw nie ma nic wspólnego z oczekiwaniem nagród. Dzisiaj, na szczęście, to zwykły dziecięcy bunt.

Dlatego tak zachwalanej metodzie systemu motywacyjnego, wszelkim tablicom kar i nagród mówię stanowcze nie. Taki system rozleniwia nas matki, daje narzędzie do…manipulowania własnym dzieckiem. Zamiast wznieść się na nasze wyżyny matczynego autorytetu, poświęcić czas na rozmowy, tłumaczenia, poszukać argumentów na przekonanie naszego dziecka i zachęcenia do współpracy, pomocy, my wolimy iść na skróty, bo ktoś „mądry” wymyślił coś szybszego, co znacznie oszczędza, i tak okrojony już, nasz macierzyński czas. Ten ktoś jednak, zapomniał przestrzegać przed konsekwencjami, zapomniał przeczulić w którym momencie powinna zapalić się nam czerwona lampka i kiedy odpuścić i zrezygnować z tej metody.

I powiem Wam jeszcze coś. Nic, ale to absolutnie nic w żuciu, co jest najcenniejsze, nigdy nie zostało osiągnięte poprzez pójście drogami na skróty.  Żadna cudowna metoda wychowawcza, żadne kary i nagrody, żaden system motywacyjny, nie wychowa za nas dzieci. Nic nie działa tak dobrze jak poświęcony dziecku czas na rozmowę, czułość, zrozumienie, wsparcie i miłość.