Jest duża szansa, granicząca z pewnością, że oberwę za ten tekst bęcki. I to niezłe. Że nie zrozumiecie tego, co chce Wam przekazać. Że macie inny światopogląd i inaczej wychowujecie dzieci. Jest tez duża szansa, że zrozumiecie, otworzycie oczy, coś do Was dotrze i zaczniemy wychowywać dzieci nie tylko tu i teraz, ale na przyszłość. Dla nich samych głównie.

Jestem matką jak większość z Was. Jestem też córką. Jestem też człowiekiem bardziej wrażliwym niż większość ludzi. Więcej widzę, więcej słyszę, więcej czuję. Nie lubię się wymądrzać w tematach okołodzieciowych. Uważam, że narzucanie jednej słusznej teorii wychowania jest totalnie z dupy i bez sensu. Bo każde dziecko jest zupełnie inne. Każde dziecko jest indywidualną jednostką z odrębnymi potrzebami, charakterem i wychowane zazwyczaj w zupełnie innym domu, niż mój, Twój czy Kaśki z bloku obok. To co działa na moje dziecko, fajnie się sprawdza w naszym życiu, zupełnie nie sprawdzi się w Waszym życiu. To moja macierzyńka mantra. Nie szufladkuje dzieci, nie wymądrzam się na temat ich zachowania. Staram się zrozumieć i wspierać. Zawsze.

Jestem matką i doskonale wiem, że każda matka, każdy rodzic, chciałby swojemu dziecku przychylić nieba. Dać wszystko co najlepsze, o czym marzy. To zupełnie normalne. Pragniemy być szczęśliwymi rodzicami, których dzieci są najszczęśliwsze pod słońcem. I chociaż zazwyczaj mawiam, że nie chce myśleć o przyszłości swojego dziecka, o tym, gdzie kiedyś będzie, co będzie robił, jakie skończy studia i jak będzie zarabiać, bo wiem, że nie będę miała na to większego wpływu-tak teraz sama siebie karcę i muszę zwrócić uwagę na jedną bardzo istotną sprawę.

To jak teraz wychowamy dzieci, będzie procentowało, miało wpływ na ich przyszłość. Nie. Absolutnie nie będę dzisiaj mówiła o zapewnieniu najlepszych szkół, bo z doświadczenia wiem, że dzisiaj papierkiem z najlepszej uczelni można podetrzeć sobie tyłek. Dzisiaj możesz być każdym i robić co zechcesz, bez względu na wykształcenie. Natomiast to, jakie wartości przekażemy swoim dzieciom, to jak nauczymy ich życia, to jak pokażemy jak żyć i jak o to życie walczyć-to będzie miało na nie największy wpływ w przyszłości. Na to jak będą żyły, jaką motywacje do życia będą miały, czy i w jaki sposób będą stawiały sobie cele i je osiągały. I w jaki sposób będą dążyły do tego, żeby żyć lepiej, albo tak jak sobie to wymyślą czy wymarzą.

Jeżeli moje dziecko, kiedykolwiek na swojej tablicy opublikuje taki post-będzie to znaczyło, że poniosłam wychowawczą porażkę!

Jakiś czas temu na Facebooku mignął mi post jakiejś dziewczyny. Początkowo byłam przekonana, że to zwykły fejk. Prowokacja jakiegoś trolla, dla zrobienia gównoburzy. Tak, ludzie mają teraz takie hobby, że specjalnie rzucają prowokacyjny post, żeby sobie w mordę dać w komentarzach.  Niestety, sprawdziłam. To nie był fejk.

„Hej mamy w planach postawienie domu z mężem. I teraz moje pytanie-jak było u Was z finansami? Czy Wasi rodzice dokładali się do budowy? Bo rodzice mojego męża sami zaproponowali, ze nam dołożą i wspomnieli, że fajnie by było, gdyby moi rodzice też się dołożyli. A moi rodzice nie chcą dołożyć ani złotówki! Co mam zrobić?”

Tak mniej więcej wyglądał ten post.

Tak.

Mi też cycki opadły do samej ziemi.

Ale szczerze poczułam zażenowanie. Jako córka-nigdy nie oczekiwałam niczego od swoich rodziców w dorosłym życiu. Jako matka poczułam wstyd i zażenowanie. Bo pomyślałam sobie, że to mógłby być mój syn…

To jest trochę tak, że my sami sobie jesteśmy winni. My w sensie rodzice, bo to my to roszczeniowe pokolenie wychowujemy. Nie uczymy naszych dzieci absolutnie nic. Łózko ścieli mamusia, pokój sprząta mamusia, śniadanie, obiad, kolacje pod nos podstawia mamusia. Sprząta, pierze, gacie składa. Daje na każdą najmniejszą potrzebę, spełnia marzenia mniejsze i większe. Bo to nasze dziecko. Zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo krzywdzimy te nasze dzieci.

Tak, ja wiem, że kiedyś było inaczej, że czasy były inne, biedniejsze. Że naszych rodziców nie było na nic stać, że ciężko harowali na podstawowe potrzeby, a o marzeniach już nawet nikt nie śmiał myśleć. Wiem, że my teraz trochę wynagradzamy naszym dzieciom, za nasze biedniejsze dzieciństwo. I ja nikomu nie mówię, że naszym dzieciom należy odebrać wszystko, żeby docenili to co mają. Nie. Nie możemy udawać, że nie mamy nic, kiedy mamy wszystko. Nie da się udawać, że coś jest czarne, kiedy jest białe. Nie o to w tym chodzi. Chodzi o to, żeby nauczyć nasze dzieci pewnych wartości, które przydadzą im się w przyszłości. Chodzi o to, że to my rodzice mamy na to największy wpływ.  i dorabiania do tego ideologii

Mnie bardzo dziwi taka roszczeniowa postawa dzieci względem rodziców i wychowanie w duchu zapewnienia dzieciom przyszłości. Że wesele, że domy, że samochody. I to nie chodzi o to czy kogoś stać czy nie. Czy tak kiedyś było czy nie i o dorabianie do tego ideologi tradycji.. To jest pomysł zły od podstaw. Bo nie uczy niczego więcej jak tego, że się należy. Że samo spadnie z nieba. Że przyjdzie samo. Że rodzice, że pińcset plus, że opieka socjalna, że inna zapomoga. Że na nic nie trzeba sobie zapracować. Jakkolwiek. Nie uczy odpowiedzialności-wręcz właśnie uczy, że nie trzeba o tym myśleć, bo ktoś da. Bo rodzice przyjdą z pomocą. I żebyśmy się dobrze zrozumieli-fajnie, kiedy rodzina się wspiera, wzajemnie sobie pomaga. Ale rodzice kiedyś stracą siły, przestaną pracować, zachorują, przestaną żyć. Co wtedy? Co zrobią te wszystko upośledzone mentalnie dorosłe dzieci, które nie są nauczone, że żeby mieć- trzeba nie tylko chcieć, ale też na wszystko zapracować?

Ja tak tylko pytam, bo wydaje mi się, że jeżeli ktoś, czuje się na tyle dorosły i chyba odpowiedzialny, żeby zakładać rodzinę, to powinien na siebie wziąć też odpowiedzialność zapewnienia jej bytu. Chcesz mieć dom-zapracuj na niego. Chcesz mieć wypasione wesele, zastaw się a postaw się na dwieście osób-weź kredyt, odłóż pieniądze. Dlaczego w kredyt mają się wpędzać Twoi styrani już życiem rodzice rodzice?

Mój syn przyszedł do mnie dzisiaj i zapytał, dlaczego jego kolega ciągle ma nowe zabawki, a my nie kupujemy mu nic.

Był taki moment, kiedy miałam pierdolca i kupowałam dziecku wszystko co sobie wymyślił. Każda matka ma taki moment. Dzisiaj uczymy go, że pieniądze z nieba nie spadają i jeżeli o czymś marzy, musi sobie odłożyć na to pieniążki sam.

Nie chce wychować kaleki.

Chcę żeby mój syn był zaradny. Żeby poradził sobie kiedyś w życiu, kiedy mnie zabraknie.

Bo jeżeli, kiedyś usłyszę, że coś mu się od nas należy, że czegoś żąda albo oczekuje…

Będzie to znaczyło, że poniosłam wychowawczą porażkę. Jedyne czego może oczekiwać od nas nasze dziecko to wsparcie i miłość. Zawsze i w każdej sytuacji. Pomyślcie o tym i Wy. Bo wbrew temu, co się mówi, że dzieci wychowujemy dla przyszłych żon, mężów czy społeczeństwa. My te nasze dzieci wychowujemy przede wszystkim dla nich samych. Niech będą szczęśliwi sami ze sobą. Niech sobie radzą w każdej sytuacji w życiu. To my ich tego musimy nauczyć.