Lato właśnie powoli się ze mną żegna. Siedzę na tarasie, patrzę jak Młody łowi ryby, piję kawę i łapię ostatnie letnie promyki słońca. Chłonę ostatnie podrygi cieplejszych dni. I jestem szczęśliwa. Pierwszy raz od bardzo długiego czasu jestem tak po prostu szczęśliwa.

Już dawno obiecałam Wam ten post, ale tak się jakoś złożyło, że moje dolegliwości raz przybierały na sile, raz ustawały. Wszystko nałożyło się z wakacjami. A ja już od kilku lat, w wakacje staram się pracować jak najmniej. Mam w domu dziecko, za oknem wtedy moja najbardziej ulubiona pora roku. Lato, słońce, ciepło, basen, piękny ogród i…po za tymi przyjemnościami tez masa pracy. Bo to właśnie paradoksalnie w lato, koło domu najwięcej jest pracy. To tak gwoli wyjaśnienia, bo czułam, że muszę wyspowiadać się Wam z tej mojej nieobecności. W końcu jesteście tu dla mnie, a ja dla Was.

Lato właśnie powoli się ze mną żegna. Siedzę na tarasie, patrzę jak Młody łowi ryby, piję kawę i łapię ostatnie letnie promyki słońca. Chłonę ostatnie podrygi cieplejszych dni. I jestem szczęśliwa. Pierwszy raz od bardzo długiego czasu jestem tak po prostu szczęśliwa.

I nie zrozumcie mnie źle. Ja zawsze doceniałam to co mam. A mam naprawdę wiele. Szczęśliwą rodzinę, cudownego męża i syna. Piękny dom z ogrodem i spokojem jakiego można szczerze pozazdrościć. Ja to zawsze kochałam i doceniałam. Jednak bywały takie momenty(w ostatnich latach bardzo częste), kiedy powinnam czuć w sercu i głowie błogi spokój. Kiedy nie miałam powodów do zmartwień, nerwów, niepokoju. Kiedy powinnam była chłonąc chwile, a zwyczajnie nie potrafiłam.

Miałam problemy ze snem. Nie potrafiłam zasypiać, a kiedy już mi się udało, sen był niespokojny. W konsekwencji rano ciężko było mi się dobudzić, a nawet kiedy już wstałam, wypiłam kawę, brakowało mi energii. Przez cały dzień! Wiecznie bolała mnie głowa. Ciągle wszystko mnie irytowało. Stawałam na głowie mimo wszystko, zamiast odpuścić kiedy czułam się gorzej, zapędzając się w jeszcze większy stres, poczucie winy za porażki, i dodatkowe dolegliwości.

Na początku nie zwracałam na to uwagi, ale przez kilka lat byłam totalnie nieogarnięta. Miałam problemy z pamięcią. Potrafiłam dziesięć razy przed wyjściem sprawdzać czy wyłączyłam żelazko, po czym zawracać z drogi męża, żeby upewnić się czy o żelazku nie zapomniałam. Do tego dochodziły problemy z koncentracją. Potrafiłam stworzyć sobie idealne warunki pracy, żeby móc popracować w ciszy i spokoju, po czym zasiadając do komputera nie byłam w stanie skupić na jednej rzeczy swoich myśli. Moja efektywność wynosiła minus dziesięć. Tępo gapiłam się w ekran, skrolowałam strony, tracąc czas.

Problemy z cerą, włosami, dolegliwości brzuszne, zaparcia, bóle głowy, kolki jelitowe. Ciągłe problemy z wagą. Co s”e schudłam to se przytyłam”. Szybciej rzucałam diety niż zaczynałam, bo nie widząc efektów zniechęcałam się. Mój metabolizm stał w miejscu. Problemy z emocjami. Bardzo nie lubiłam siebie. Bardzo często. Bardzo się starałam, ale nie byłam w stanie panować nad emocjami. To był chyba mój największy problem, bo w kulminacyjnym momencie wylądowałam u psychiatry (pisałam o tym TUATAJ). Wtedy o tym nie wiedziałam, dzisiaj wiem, że wszystkie moje lęki, cała ta nerwica lękowa, to nic innego jak konsekwencja choroby.

Nie było dnia, kiedy czułabym się dobrze. Mój mąż trochę podśmiewał się ze mnie, że stara już jestem. Ale bywały dni, kiedy miałam sama siebie dość. Doszło do tego, że zaczęłam sobie wmawiać, że wyolbrzymiam wszystkie dolegliwości, że jestem leniem i po prostu nie potrafię zorganizować swojego życia, a kiedy trzeba moje dolegliwości są świetną wymówką, do tego, żeby nie robić nic. Mój mąż czasem pewnie nie dowierzał że cokolwiek mi jest i wcale mu się nie dziwię. Całymi latami ignorowałam tak wiele sygnałów. Ale każdy z nich zrzucałam i tłumaczyłam zawsze czymś innym. A to zmęczenie materiału, a to stres wywołany terminami w pracy, a to spontaniczny tryb życia, w którym rzucamy nagle wszystko i wyjeżdżamy, a później ja mam nawarstwioną pracę którą ze stresem nadrabiam. A to że jestem sama, i mam więcej na głowie, i każdy by się pogubił. A to zła pogoda, brak snu, złe nawyki żywieniowe i milion innych wytłumaczeń, ale nigdy to jedno właściwe.

Chyba tak naprawdę, nigdy nie doszłabym do tego co mi jest, gdybym mój mąż nie zabrał mnie na urlop do miejsca, gdzie byłam odcięta od świata, internetu i pracy. Pierwszy raz od bardzo długiego czasu mogłam tam na sto procent odetchnąć pełną piersią, cieszyć się chwilą, chłonąć nas, piękno przyrody, świata. Nagle wszystko odpuściło. Nie tak do samego końca, ale nagle, kiedy zresetowałam liczniki, okazało się, że potrafię być szczęśliwa, przestać się zamartwiać, żyć bez bólu głowy i większości innych dolegliwości. To był ten moment, kiedy niedługo później zaczęłam się trochę z pisania wycofywać. Ciągle byłam z Wami online. ale były to szybkie teksty na FB, czy zdjęcia i filmiki na Instagramie. Na dłuższe teksty na blogu postanowiłam sobie dać czas. Kiedy poczuję się lepiej, zdiagnozuję siebie, ogarnę swoje życie. I to jest własnie ten tylko moment.

Zaraz po powrocie z urlopu w kwietniu zaczęłam czytać i układać wszystkie puzzle. Nagle okazało się, że wszystkie moje dolegliwości, problemy z zajściem w ciąże, wahania nastrojów, PMS, problemy z nerwicą lękową-pasują pod jedną chorobę, którą wypierałam od lat i której nigdy nie podejrzewałabym o takie spustoszenie swojego organizmu. Zapisałam się do specjalisty, zrobiłam badania, a wynik był wtedy już dla mnie formalnością.

Okazało się, że mam niedoczynność tarczycy.

Moje permamentne zmęczenie, bóle głowy, problemy ze snem, cerą kolki jelitowe, mgła mózgowa i inne były efektem i konsekwencja tej właśnie choroby. Mój stres związany z pracą niestety wszystko nasilał, o czym gdybym wiedziała, tak wiele razy bym odpuściła. Moment kiedy dostałam leki i niemalże od razu zauważalne efekty i poprawa samopoczucia sprawiły, że spadł mi kamień z serca. Nie byłam hipochondryczką. Trochę po prostu ignorowałam sygnały jakie wysyłał mi organizm, ale jednak wreszcie, wiedziałam co mi dolega. Co lepsze, miałam wreszcie narzędzia w postaci leków, do tego, żeby wreszcie zacząć żyć tak jak wydawało mi się, że żyć już nie potrafię.

I to nie jest tak, że ta choroba jest wymówką. Chociaż przez te kilka miesięcy czytania, szukania rozwiązań, przyczyn niestety mam wrażenie, że jednak dla niektórych ludzi jest. Z tą chorobą da się żyć. Normalnie. Jak ciocia Krysia, Twoja najlepsza przyjaciółka która ciągle świergocze kiedy jest szczęśliwa, kiedy Ty masz ochotę sobie w łeb strzelić. Jest jednak kilka warunków-kontrola wyników badań co kilka miesięcy, czasem tygodni. Obserwacja swojego organizmu i słuchanie się go, dieta odpowiednia  Twoim potrzebom i farmakologia.

Na chwilę obecną ja jestem bez leków. To znaczy przyjmuję tylko jod. Hormony które dostałam w najniższej dawce, początkowo polepszyły moje samopoczucie, jednak nagle po kilku tygodniach zaczęłam się czuć znowu jak przed braniem leków. Przy kontroli, ku zdziwieniu lekarki, która przekonana była, że przyszłam zwiększyć dawkę leku, moje wyniki wskazywały nadczynność polekową a samopoczucie, że mój organizm nie toleruje leku.  Po odstawieniu leku, znów poczułam się dobrze. Ale…to wcale nie znaczy, że tak już zostanie. Znając mój organizm, moje hormony będą sobie skakać, i co jakiś czas będę eksperymentowała z różnymi dawkami hormonów. Na szczęście umiem już rozpoznawać symptomy przepowiadające skoki TSH.

W moim przypadku dużo pomogła zmiana diety. Ja część z Was wie jestem na diecie bezglutenowej. Według lekarzy problemy z tarczycą  nie mają żadnego wpływu na wszelkiego rodzaju nietolerancje. Jednak zaskakująco często idą w parze z tymi chorobami. Ja już kiedyś odstawiam gluten w ramach eksperymentu. Więc i tym razem, dodałam jeden do jednego i postanowiłam z niego zrezygnować. Tym razem na stałe. To było zbawienne dla moich jelit. Wreszcie pozbyłam się kolek jelitowych i innych dolegliwości brzucha, z którymi borykałam się od wielu lat. Wprawdzie, nie robiłam testu na nietolerancje, ale nie potrzebuję papierka, żeby potwierdzić poprawę jakości życia i samopoczucia. Dodatkowo zniechęca mnie cena i fakt, że żeby testy wyszły wiarygodnie należy przez około miesiąc gluten spożywać, a u mnie jedna biała bułka sprawia, że dwa dni zwijam się z bólu! Wiem, sprawdziłam to dwa miesiące temu, więc nie ma takiej opcji, żeby znowu truła się przez miesiąc.

I teraz powstaje pytanie, które rodzi się w Twojej głowie. Jesteś matką, zupełnie nie ogarniasz swojego życia, jesteś wiecznie zmęczona, dobija Cie stres i bóle głowy, ciągle o czymś zapominasz, masz problemy skórne, bóle brzucha, ciągłe wahania wagi i nastrojów, wypadają Ci garściami włosy, a Ty wszystko zganiasz na…macierzyństwo? Jesteś pewna że to właśnie macierzyństwo jest tego powodem? Bo ja już nie ;)

Niedoczynność tarczycy, albo nadczynność to nie jest choroba, którą możesz mieć od urodzenia. Chociaż ja miałam, bo za dzieciaka na niedoczynność się leczyłam. Problemy z hormonami pojawiają się w różnych momentach naszego życia. To może być wzmożony stres, ciąża która obciąża organizm, stan zapalny organizmu który rzutuje na tarczycę i wiele innych.

Ile razy zastanawiałaś  czy masz depresję, albo czy jeszcze kiedykolwiek będziesz szczęśliwa? Ile razy wmawiałaś sobie, że to tylko kolejna migrena, a Twoja cera już po prostu taka jest. Waga nagle zaczęła szybko spadać bo biegasz za dzieckiem, albo wręcz przeciwnie- przytyłaś bo ciąża. Problemy hormonalne dotyczą około 30% ludzi. Objawów jest dziesiątki, a każdy z nich można zrzucić na kark zupełnie czegoś innego. Jeżeli więc kiedykolwiek, miałaś którykolwiek z objawów wymienionych przeze mnie, możesz śmiało udać się do lekarza  rodzinnego, który wypisze Ci skierowanie na badanie podstawowej trójki tarczycowej.  I nawet jeżeli okaże się, że jednak faktycznie coś jest na rzeczy, spokojnie! Z ta chorobą można zupełnie normalnie żyć. Bez żadnych wyrzeczeń. A jak zapewniała moja Pani doktor, każda matka może spokojnie wypijać swoją skitraną wieczorną lampkę wina, która wręcz jest wskazana bo obniża kortyzol ;)

Pees. Pamiętajcie jednak, że te wszystkie objawy mogą ale nie muszą przynależeć do problemów hormonalnych. To mogą też być objawy cukrzycy albo insulinoodporności (między innymi problemy z wagą, ospałość po jedzeniu, albo nagła korna energetyczna), to mogą tez być nietolerancje pokarmowe- bo jak wiadomo to co jemy ma bardzo duży wpływ na nasze samopoczucie. Ja wykluczyłam ze swojej diety gluten i wiele dolegliwości zniknęło, a komfort życie niesamowicie się poprawił.