Macierzyństwo jest piękne, słodkie, i urocze. Miłość przepełnia każdą matkę, problemy pokonujemy nią uskrzydlone, bo dla naszych dzieci zrobimy wszystko! Nie ma rzeczy niemożliwych- nieprzespane noce zapijamy energetyczną kawą, i z uśmiechem na twarzy pokonujemy każdy dzień, bo przecież jesteśmy taaaakie szczęśliwe. Bulshit! Rzeczywistości nie oszukasz, nawet gdybyś bardzo chciała oszukać samą siebie. Matka bywa sfrustrowana!

Już prawie zapomniałam jak to jest, już nauczyłam sobie radzić z brutalną rzeczywistością, kiedy jedna z moich dawno niewidzianych koleżanek poruszyła ten temat.

Sfrustrowana matka.

Mam dwoje dzieci- 2,5 roku 11 m-cy. Oboje zaplanowane chciane wyczekane kochane. Uwielbiam je, a jednocześnie, marzę o tym żeby wyjść do sklepu czy gdziekolwiek sama, marzę żeby przestać robić wszystko w biegu. Jestem cholernie zmęczona i sfrustrowana pomimo, że śpią nieźle. Nie mam do nich siły, nie potrafię się z nimi bawić. Nie robię nic dla siebie, nie mam kiedy, córka non stop wisi mi u nogi, a jak śpi w ciągu dnia to biegiem robię obiad zanim wstanie, bo jak wstanie to tylko chodzi wokół mnie ( tym bardziej ze nie chodzi jeszcze sama) Jeny! Czy Wy też tak macie!? Myje się biegiem pod umywalka i zapomniałam już co to jest kąpiel w wannie. Nie pomagają osiedlowe plotkary, których rozmowę niechcący podsłuchałam- o tym, jak to przed ciążą byłam zadbana, pełna energii, zawsze elegancko ubrana i pomalowana, a teraz zmęczona, wiecznie z workami pod oczami, w wyciągniętym dresie, bez makijażu…

Moja znajoma była totalnie załamana, a ja słuchając jej nie potrafiłam powstrzymać łez. Bo w jednej sekundzie wróciły wspomnienia, z początków macierzyństwa. Było dokładnie tak samo. Jakby ktoś przekalkował nasze życia. Permanentne zmęczenie, ciągłe ciśnienie że musi być posprzątane, wyprane, ugotowane. Dziecko czyste, nakarmione, zabawione, wyprowadzone na spacer. Całe moje życie kręciło się wokół dziecka. Ja miałam jedno dziecko więc teoretycznie było mi łatwiej , praktycznie scenariusz ten sam- wszystko, ale to absolutnie wszystko kręciło się wokół dziecka. Nie było najmniejszych szans na pięć minut sam na sam, a ja momentami czułam się nie jak matka, a jak automatyczny robot, niezbędny dziecku do przeżycia i zaspakajania podstawowych potrzeb. Na moje potrzeby brakowało miejsca.

Całkiem niedawno, inna koleżanka wspomniała, że ma dość już tego narzekającego na macierzyństwo parentingu. Że przecież to nie zawsze tak wygląda, i że czasem (słowo klucz!) jest pięknie i różowo. Tylko problem polega na tym, że to czasem, to kiedy dzieci już mają wyczerpane baterie i kładziemy je spać. a i usypianie czasem wygląda nie lepiej, niż reszta dnia. Czasem kiedy oglądają bajki i nie potrzebują naszej atencji. Czasem, kiedy mają buzie wypełnione jedzeniem i akurat nie są w stanie wypowiedzieć słowa. Czasem, kiedy jakaś zabawa, zajmie je na dłużej niż pięć minut. I wiecie, że ja kocham Młodego nad życie i potrafię docenić jego słodką stronę mocy, że rodzina jest u mnie na pierwszym miejscu. I że siłę do życia czerpię paradoksalnie z tej miłości, która mnie tak momentami wykańcza.

Jednak nie potrafię każdego dnia, udawać, że mam idealne życie. Że w macierzyństwie nie ma problemów, depresji i mniejszych lub większych dołów. Widze swoje koleżanki i ich idealne domy na zdjęciach. Rozglądam się po pokoju i zastanawiam się kiedy przez mój dom przeszło tornado, wszak dziesięć minut wcześniej zdążyłam usiąść po dwugodzinnym maratonie sprzątania! Nie potrafię już, tak jak kiedyś przekłamywać rzeczywistości, że wszystko jest takie piękne i cacy, bo oszukiwałabym nie tylko siebie, ale i Was. A Wy, matki, nie potrzebujecie kolejnego dołującego obrazka, który przekłamuje rzeczywistość(a skąd Wy to przecież macie wiedzieć), stwarza pozory świata idealnego, i sprawia, że paradoksalnie jeszcze bardziej Wam się odechciewa. Wiem, bo też tak miałam.

Ileż można słuchać o tym, że dziecko takie grzeczne, cudowne, je wszystko co mu się pod nos podłoży i w niczym nie wybrzydza. Kiedy Twoje każdego dnia płacze, bo tego nie zje, to niedobre. Że nie marudzi przy ubieraniu i w ogóle to tak jakby go nie było, siedzi jak gówno w trawie, niczego nie chce.Kiedy Twoje dziecko każda skarpetka ciśnie, gniecie a kolor bluzeczki zawsze jest zły. Samo się bawi, samo sobą zajmuje. Kiedy Twoje dziecko wisi Ci ciągle przy cycu, ciągle czegoś od Ciebie chce, wszystko go nudzi. Perfekcyjne maniery, zero problemów z wychowaniem, zero narzekania, stęków, jęków. Kiedy Twoje wiecznie awanturuje się o byle gówno, w miejscu publicznym doprowadza do sytuacji że wszyscy dookoła patrzą się na ciebie jak na wariatkę. Kawusia taka ciepła i wypita w spokoju, wanna pełna płatków róż. Raz w tygodniu SPA, wyjścia z przyjaciółmi, bez dzieci. Zero stresu, problemów. Po prostu miłość, perfekcja, rzyganie tęczą i różowe nosorożce.

Serio? Tak to wygląda? Zaraz się odezwą się tacy, co będą twierdzili, że to kwestia zorganizowania, że inni mają gorzej, albo że tym matkom się w dupach poprzewracało od dobrobytu. Bo przecież siedzenie z dziećmi w domu to żaden wysiłek jest. Tylko jakoś nie poznałam jeszcze żadnej kobiety, która nie pracuje zawodowo(czytaj-nie uciekła do pracy od pełnoetatowego macierzyństwa!) spędza całe dnie w domu, bez tabunu opiekunek, pomocy babci, która każdego dnia przezywa dzień świstaka i zwyczajnie nie zwariowała!

Nie. Ja teraz nie przesadzam, ja tylko stwierdzam fakt. Bo nie da się siedzieć tylko w pieluchach przez kilka lat i nie zgnuśnieć. I jakkolwiek to teraz zabrzmi, nie da się pamiętać o sobie z przed kilku miesięcy, na koleżanki, które spełniają się zawodowo, odchowały dzieci i mają TEN etap za sobą i patrząc w lustro nie tęsknić za odrobiną SAMEJ SIEBIE!

To jest trochę tak, że z jednej strony wiesz, że to kiedyś minie. Że musisz zacisnąć zęby, że to chwilowy stan, kiedy dzieci wiszą Ci u spódnicy i nie masz czasu w spokoju skorzystać z toalety. Wiesz, że za kilka lat urosną i jeszcze za tym zatęsknisz. Że będziesz płakać w poduszkę jak ten czas zapierdziela i kiedy to zleciało. Ale jednocześnie czujesz, że Twoje baterie totalnie się wyczerpały i zwyczajnie po ludzku nie masz siły na dalsze macierzyństwo.  A najgorsze w tym wszystkim jest to, że boisz się przyznać do tego przed kimkolwiek! I wcale Ci się nie dziwię.

Bo przemęczona macierzyństwem matka to temat taboo. Narzekająca matka, to automatycznie zła matka. Bo przecież kobieta która sobie nie radzi jest nieudolna, niezorganizowana i niewdzięczna światu za to, że obdarzył ją cudownym darem życia. Bo narzekają przecież tylko ludzie słabi, bo to wstyd i przyznanie się do porażki. Bo przecież bycie herosem jest teraz w modzie.

Jedyne co mogę Ci dzisiaj powiedzieć, to…wiem co czujesz. Każda z nas to przechodzi. Jedna ucieka do pracy, inna inwestuje w opiekunki, jeszcze inna zakłada własny biznes i bardziej inwestuje w siebie. Ktoś mocniej naciska na bliskich, żeby bardziej pomogli przy dzieciach bo inaczej wybuchnie. Nie ma idealnego rozwiązania i sposobu, jednak w tym wszystkim nie możesz zapomnieć o jednym. O SOBIE! Dzieci podrosną, przestaną potrzebować nadmiaru Twojej uwagi, a Ty musisz pamiętać, że też jesteś ważna. Musisz znaleźć sposób na pielęgnowanie siebie, swojej kobiecości bez względu na to w jakiś sposób będziesz to robić.

Wiem co czujesz i chociaż na tą chwilę zabrzmi to abstrakcyjnie, uwierz mi to wkrótce minie.

Masz prawo czuć się zmęczona.

Masz prawo narzekać.

Masz prawo nie mieć sił.

Masz prawo chcieć pobyć czasem sama.

Masz prawo czasem mieć dość macierzyństwa.

Masz prawo płakać z bezsilności.

Masz prawo chcieć być równie ważna co dzieci.

Masz prawo być po za matką, także kobietą!

Dziecko jest najważniejsze. Jednak jest taka niepisana zasada-szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Żeby dziecko było szczęśliwe, ty sama musisz czuć się równie ważna co Twoje dziecko.

Sfrustrowana matka