Macierzyństwo jest jak klasyczna sinusoida. Raz czujemy się niesamowicie, mogłybyśmy przenosić góry, uwielbiamy nasze dzieci, żeby zaraz potem łapać doły wielkości kraterów wulkanicznych. I chociaż bardzo się staramy, to jednak otoczenie, media, wszelkie społecznościówki a także blogerki- nie pomagają. Wszędzie, życie idealne jak z jurnala. Tylko u Ciebie wszystko wygląda tak jakby ktoś na chatę bombkę wrzucił.

Czasem jak przeglądam internet, oglądam TV, mam wrażenie, że jestem najmniej zorganizowaną osobą na świecie. Chyba nie ma takiego dnia w tygodniu, kiedy wszystko miałabym dopięte na tip top.  Jak nie pranie kiśnie w pralce dwa dni, to piętrzy się góra ciuchów ściągniętych z suszarki do składania. Jeszcze zmywarka nie skończy jednego mycia, a już pełen zlew garów czeka żeby je posprzątać.  Ledwo posprzątam jedno pomieszczenie, a następne czeka w kolejce. Skończę sprzątać wszystkie, a już w pierwszym, w którym sprzątałam pogrom jakbym nie sprzątała od tygodni.

I ja wiem, dziecko już mam coraz starsze, męża jak mam w domu to tez może pomóc. Tylko teoretycznie to by musiała być ciągłe sprzątanie. Im więcej domowników, tym ciężej nad bałaganem zapanować. A kiedy dochodzi do tego wszystkiego praca, a jeszcze miejsce na jakiś relaks, przyjemności, wspólne spędzanie czasu nie wspominając. A jeść coś trzeba i gotować, więc i zakupy też dochodzą. Skąd na to wszystko czas, skąd siły żeby to wszystko ogarnąć i…jeszcze mieć energię dla dziecka?

A no właśnie-dziecko. To które cały czas wszytko rozlewa, roznosi, wszędzie zostawia plamy, wszystko brudzi. Każda próba nalania sobie picia, bo przecież „mamo jestem już duży” kończy się rozlaniem po połowie kuchni. Popcorn jedzony na kanapie, finalnie ląduje wszędzie, a farby…farby to jest zupełnie inna historia! HA! Te są zupełnie nie do okiełznania. Ściany, biurko, a nawet dywan wprost uwielbiają być w nich moczone. I Lego! Albo inne klocki, które teoretycznie  mają swoje pudełka. Praktycznie zawsze lądują w odkurzaczu, albo co gorsza pod Twoimi stopami!

Najgorsze jest to, że ja serio nie znam nikogo kto by to wszystko ogarniał. Ja sama często sprawiam tylko pozory. Na przykład, kiedy dzwoni telefon, że ktoś będzie za godzinkę, pół w odwiedziny. Wtedy następuje zazwyczaj w naszym domu, prawdziwy pogrom. Otwieram co się da otworzyć i zamknąć. Ciuchy które walają się tygodniami w sypialni do poskładania, lądują na dnie szafy. Co się uda wepchnąć, wpycham od łóżko. Z prędkością błyskawicy przecieram kurze, odkurzam i myję podłogi. I teraz niewiele z Was pewnie będzie miało odwagę się przyznać, ale zapewne większość uśmiecha się ze zrozumieniem pod nosem.

Tak naprawdę najgorszy w tym wszystkim nie jest sam bałagan, czy brak organizacji. Najgorsze jest to nieustanne dążenie do perfekcjonizmu, gonienie za ideałami domu, rodziny które są tylko utopia. I to cholerne poczucie winy, że ciągle Ci nie wychodzi! Że znowu dałaś ciała, że znowu się starałaś, znowu teoretycznie się zorganizowałaś, zrobiłaś listę zadań do wykonania a kolejny dzień nie udało Ci się odhaczyć nawet połowy. Ale to jest nic, przy tym, że masz jeszcze większe poczucie winy, ponieważ tak bardzo zapędziłaś się w byciu perfect, że na bok poszła rodzina i czas który powinnaś spędzać z dzieckiem. Tego czasu powinno być sporo, a ostatnio nie ma go wcale…

Tak było do niedawna. Tak wyglądało moje życie. Ale pewnego dnia powiedziałam sobie dość! Znalazłam rozwiązanie .

Zwyczajnie WULUZOWAŁAM.

Tylko tyle i aż tyle.

Pewnego dnia wróciłam padnięta do domu. Standardowy scenariusz. W domu pogrom, a ja zupełnie bez sił. Stanęłam, popatrzyłam na pokój, kuchnię która aż się prosiła, żeby ją przynajmniej szturchnąć nogą. Spojrzałam na dziecko, które prosiło, żebym zrobiła z nim gluta i stanęłam przed dylematem czy być perfekcyjną Panią domu, która w trzy godziny wypucuje chałupe, a później jedyne na co będzie miała czas i siły to spanie. Czy może jednak zostać fajną mamą i spędzić kreatywne popołudnie z dzieckiem. Domyślasz się co wybrałam?

Upapraliśmy siebie, upapraliśmy w kleju, różnych płynach i brokacie łazienkę, w domu był jeszcze większy burdel, a ja paradoksalnie poczułam się lepiej. Jakby ktoś ściągnął ze mnie niesamowity ciężar.

Bo tak naprawdę w życiu nie chodzi o to, żeby mieć idealny dom, piękny, czysty, na pokaz w razie gdyby ktoś niezapowiedziany wpadł z wizytą. Chodzi o to, żeby być szczęśliwą i mieć szczęśliwą rodzinę. Bo można mieć marmury w łazienkach i złote klamki w drzwiach, zaharowywać się na to całe lata. Można, ale to zawsze odbędzie się kosztem czegoś. Rodziny.

Dlatego przestań mieć wyrzuty sumienia, że ciągle Ci nie wychodzi. Przestań dążyć do perfekcji, której nigdy nie będzie. Wyluzuj, odpuść i zamiast okurzać trzeci raz tego dnia, narób z dzieckiem jeszcze większego bałaganu i patrz jakie będzie szczęśliwe. Od brudu jeszcze nikt nie umarł, a mądrzy ludzie powiadają, że brudne dziecko to szczęśliwe dziecko. To analogicznie Ci powiem brudny dom, to szczęśliwy dom ;)