Zawsze o tym marzyłam! Zamieszkać w Pałacu, nie ważne czyim-bo wiadomo, że na własny nie byłoby mnie stać, no heloł! Ważne, żeby było z przepychem, żeby było bajecznie i żebym wróciła do domu czując się dopieszczona w każdym calu. No i zamieszkałam i…się zmęczyłam! I wcale nie dlatego, że zatrudniono mnie jako pomoc kuchenną albo pokojową, żebym była w stanie zapłacić za pobyt. Chociaż może troszkę…

Niewiele brakowało, a do tego wyjazdy w ogóle by nie doszło. Wyobraźcie sobie największe śniegi ostatnich czasów. Zima ostatnich kilku lat, jakiej dawno nie było. Pięknie, śnieżnie-na ferie idealny klimat i pogoda! A my właśnie zaczynaliśmy ferie. W niedzielny poranek, bladym świtem mieliśmy wyruszyć z Młodym do Gdańska, odebrać z lotniska Szalonego, a stamtąd prosto do Ustki, do hotelu Grand Lubicz. Miałam przed sobą do przejechania tego dnia, ponad osiemset kilometrów za kółkiem. A już na pierwszych metrach pojawiły się schody. A właściwie śnieg. Dużo śniegu…

Bo kiedy mieszka się na takim odludziu jak ja-zima potrafi zaskoczyć drogowców, i pługi nie docierają do nas nawet…przez całą zimę. W takich sytuacjach liczymy tylko na siebie, więc samochód z dobrymi oponami i napędem na cztery koła to podstawa. Ale nawet to, owego, feralnego dnia mi nie pomogło i wyjeżdżając z pod domu, na pierwszych zasypanych do granic możliwości metrach…wjechałam do rowu! Na moje szczęście śnieg okazał się zbawienny, bo zamortyzował sytuację i nie uszkodziłam samochodu. Ale ile czasu straciłam i ile nerwów zjadłam to moje. Więc to było tak, że prosto z rowu, pojechałam do…Gdańska. I to był jedyny niemiły akcent naszych ferii.

Na Pomorzu zastaliśmy zupełnie inny krajobraz. U nas śnieg po kolana, a nad morzem ledwo prószyło. I teoretycznie ferie zimowe mogły okazać się totalną klapą. No bo jak to-ferie zimowe bez śniegu?! Jednka ja, zrobiłam wcześniej dobry research i wiedziałam w jakie miejsce jedziemy. Wiedziałam, że to będzie udany wyjazd, bez nudy i smętów pod tytułem „mamo nudzi mi się!”.

A takie tematy przerabia wielu rodziców podczas wycieczek, podróży, ferii, wczasów i wakacji. Kiedy pogoda za oknem średnio angażuje i jedyna opcja rekreacji to hotel w którym mieszkamy. Dla mnie największym priorytetem, podczas każdego wyjazdu z dzieckiem są wszelkie udogodnienia i atrakcje dla dzieci. Jasne-fajnie, kiedy i dla rodziców znajdzie się jakaś strefa relaksu, ale kiedy jedziesz z dzieckiem-to zadowolenie dziecka jest kluczem do dobrego humoru i fajnego wyjazdu całej rodziny.

Hotel Grand Lubicz wszelkie wymogi miejsca przyjaznego rodzinie spełnia! Tam nawet temperatura w pokoju, a w zasadzie w całym hotelu dostosowana jest tak, żebyśmy czuli się tak jak w domu. W pokoju znajdziecie wszelkie udogodnienia-od łóżeczek, dostawek, osobnej pościeli, ręczniczków, szlafroków czy nawet specjalnego zestawu do mycia dedykowanych dzieciom. Nie ma takiej opcji, żeby jakieś Wasze oczekiwanie nie zostało przez hotel spełnione. Pokoje są przytulne, czyściutkie i…no właśnie-sprzątane codziennie. A to właśnie była dla mnie największa próba. Bo okazało się, że ja nie potrafię w zabawę w Księżniczkę, którą obsługuje się w full opcji ;)

Ale to ja sama sobie jestem winna. Bo ja już tak mam, że nie potrafię wpuszczać obcych ludzi w swój intymny bałagan. Serio, nie mogłabym mieć pomocy domowej, bo zanim jakaś Pani przyszłaby posprzątać mój dom, ja musiałabym ogarnąć większość wcześniej sama. Inaczej byłoby mi wstyd i czułabym zażenowanie. No tak mam niestety, i tak też mam w hotelach. Kiedy mam świadomość, że ktoś przyjdzie posprzątać mój pokój…największy burdel ogarniam wcześniej sama.

Mój mąż to się nawet śmiał, chociaż może wcale się nie śmiał i mówił całkiem poważnie, że ja ludziom prace odbieram i kogoś przeze mnie zwolnią. Znaczy, że będę miała na sumieniu czyjeś bezrobocie. Więc się starałam jak mogłam i podchodziłam do tematu bardzo poważnie. Czyli wychodziliśmy na całe dnie z pokoju, żeby spędzać w nim jak najmniej czasu i…nie nabrudzić ;)

A było gdzie wychodzić, a było co robić, bo hotel może jakimś średniowiecznym Pałacem nie jest, ale swoją architekturą z zewnątrz tak się Młodemu skojarzył. Bo kiedy przyjechaliśmy w pierwszy dzień, a był to wieczór. I kiedy wszystkie światła w hotelu, światełka jeszcze świąteczne, skrzyły się pięknie na mrozie-Młody wykrzyknął:

„Wow, mamo to jest jakiś Pałac jak w bajce!  I chyba właśnie trwa jakiś bal!”

Balu nie było tego wieczora żadnego, za to właśnie trwała kolacja, która niczym od takich balowych nie odbiegała. Ten pobyt wpasował mi się w moment, kiedy zaczęłam dietę pudełkową i…przyznam się bardzo szczerze-szlag ją tamtego dnia trafił! Szwedzki bufet to jest zło i najlepsze rozwiązanie w każdym hotelu, jednocześnie. Zwłaszcza, kiedy jest tak niesamowicie pyszne, jak było w hotelu Grand Lubicz. I nie mówię tego z własnego, niepohamowanego ulubowania do jedzenia i szukania nowych smaków. Nie. Ja to mówię, jako matka niejadka-który każdego dnia znajdywał w bufecie coś dla siebie, co szczerze mu smakowało(specjalne menu dla dzieci). I jako żona faceta, który ze światowej kuchni lubi kuchnię domową. Najlepiej moją. Pierwszy raz, mojemu mężowi szczerze smakowała kuchnia inna niż moja. Tak, dobrze domyślacie się, że moją dietę szlag po ludzku trafił, moja waga płakała delikatnie po przyjeździe, ale silna jestem, nadrobiłam, zrzuciłam. I dzisiaj powiem Wam, że każdy kawałek ciasteczka, sałateczki, czy innej potrawy podczas ferii był tego wart!  I chyba nie muszę wspominać o sztućcach, plastykowej zastawie dla dzieci i krzesełkach do karmienia?

Okej, ale spokojnie hotel to istna metropolia i raj dla ludzi lubiących aktywność więc każda kaloria znajdzie tu miejsce, gdzie będzie ją można spalić. Siłownia, fitness, korty, squash-to aktywność dla starszych gości. Ale Aquapark…to było miejsce w których bywaliśmy dwa razy dziennie po kilka godzin.

Kiedy ja robiłam długości na głębokim basenie, albo relaksowałam się w saunie, jakuzzi czy basenie solankowym w Vip basenach na zewnątrz, chłopaki szaleli na zjeżdżalniach. I chociaż trochę martwiłam się o Młodego, bo poza sezonem nie mogłam znaleźć nigdzie w sklepie dmuchanych zabawek do wody-to na basenie było pełno makaronów i dmuchanych zabawek, z których każdy mógł korzystać. A to nie jest standard w hotelowych basenach, za co wielki plus.

Grand Lubicz

Zarówno na basenie, jak i w salach zabaw systematycznie organizowane są animacje dla dzieci, z których może skorzystać każdy najmłodszy gość i o których zostaniecie poinformowani zaraz po przyjeździe-otrzymując program animacji na cały wyjazd. Jest sala kinowa z popcornem, sala do gry na konsoli, a wieczorami animacje dla całej rodziny w hotelowym barze z kręglami i imprezami tanecznymi włącznie.

Sale zabaw są dwie. Jedna to małpi gaj, w którym dzieci mogą poszaleć i spożytkować swoją energię.

Druga, to sala w której znajdziecie ściankę wspinaczkową, stoliki do animacji i pełno zabawek. I znów zaskoczenie-misy ze słodyczami i przekąskami dla dzieciaków i napoje- z których dzieci mogą korzystać przez cały dzień! Tego w innych hotelach nie ma, a rodzice wszędzie muszą ze sobą nosić butelki, kubki, i zaopatrzenie dla swoich pociech, które podczas zabawy nabierają niesamowitego apetytu i odwadniają się w mgnieniu oka ;)

Mnie osobiście urzekła strefa SPA. No wiadomo-jestem kobietą! Możecie w niej zrelaksować się w grocie solnej, skorzystać z zabiegów na ciało, twarz i dłonie. Jednak jak typowa sroka najwięcej czasu spędziłam w show-roomie Pierre Rene, gdzie przepadłam na zakupach. Pierwszy raz miałam okazję wypróbować kosmetyki, przetestować na codzień kilka podkładów i zobaczyć jak utrzymują się na twarzy przez cały dzień. To fajna opcja, z której ciężko skorzystać w sklepowych warunkach. Tutaj zanim zdecydujecie się na jakich konkretny kosmetyk, wcześniej możecie go przetestować. Jednak o kosmetykach napisze Wam osobny tekst, bo znalazłam kosmetyk, który uratował mój makijaż przy problematycznej cerze i muszę Wam o nim opowiedzieć trochę więcej.

A kawa najlepiej smakowała na tarasie widokowym, gdzie spędzaliśmy umordowani atrakcjami popołudnia. I nawet na tarasie nie obyło się bez atrakcji, bo okrągły podest na wieżyczce widokowej jest ruchomy. Możecie więc relaksować się i popijając kawę oglądać widoki z wielu perspektyw.

I powiem Wam, że chociaż wróciłam umęczona atrakcjami po kokardę, to był jeden z najlepszych naszych wypadów ever. Młody już dopytuje, kiedy znowu pojedziemy do „Pałacu”, a to jest najlepsza rekomendacja dla tego miejsca. Polecam z całego serca!

Zresztą co ja Wam będę opowiadać, zobaczcie sami, bo przygotowałam dla Was film z naszego pobytu! A zanim przejdziecie do filmu, zdradzę Wam mały sekret-już niedługo z pełną parą wchodzę na swój kanał na YT. Dlatego jak już zaczniecie oglądać relację z pobyty-subskrybujcie kanał( kliknij w prawym rogu-oglądaj na YT, a później czerwony przycisk SUBSKRYBUJ), żeby dostać powiadomienie o kolejnym filmie, zaraz po jego opublikowaniu ;)