Jakoś tak się utarło, że im dalej od Polski tym drożej. W zasadzie to wakacje w każdym kraju, po za granicami naszego, wydają nam się horrendalnie drogim wydatkiem i bardzo często odkładamy je z roku na rok, bo przecież są ważniejsze wydatki, a Polska tez jest piękna i odpocząć tu można. Ale ta Gran Canaria kusi, oj kusi!

Ja też bardzo długo, wychodziłam z tego założenia. Że na takie dalsze wojaże, po najpiękniejszych zakątkach świata przyjdzie czas, kiedy dom się wybuduje, dziecko w miarę odchowa- bo wiadomo, podróże z dzieckiem mają swoje uroki jak i potrafią dać w kość. Zawsze były ważniejsze wydatki, zawsze coś się niespodziewanie zepsuło, albo najzwyczajniej w świecie wydawało mi się, że nie podołam finansowo.

Kiedy jednak pojechaliśmy raz, a później drugi, w piękne, słoneczne i niezwykle klimatyczne rejony Włoch i Sycylii, wiedzieliśmy już, że od tamtej pory tylko jak najbardziej egzotyczne rejony, które przyciągają nas jak magnes. Nasze pierwsze wycieczki były bardzo szybkie i krótkie, zaledwie po dwa, trzy maksymalnie cztery dni. Ale już wtedy wiedzieliśmy, że przy odrobinie organizacji i czasu poświęconego na wyszukiwaniu najwygodniejszych rozwiązań i atrakcyjnych cenowo miejsc, można spędzić niezapomnianą przygodę w najdalszych zakątkach świata w pieniądzach porównywalnych do wakacji nad naszym polskim Bałtykiem.

Mistrzem organizacji wycieczek jest mój mąż. Ja tylko akceptuję miejsce docelowe, chociaż zdarzają się i takie sytuacje, kiedy tak jak teraz, nie mam zupełnie na nic wpływu, bo mój mąż, postanowi zrobić mi niespodziankę życia i o wyjeździe informuje mnie dwa dni przed wylotem. Taki mąż to skarb! I ten skarb właśnie, jest największym pokładem cierpliwości do tropienia okazji w internecie. Jest kilka czynników, które sprawią, że egzotyczne wakacje nie zrujnują Waszej kieszeni:

Cierpliwość-czasem oferta, która na pierwszy rzut oka wydaje się najbardziej atrakcyjna, taką nie jest. Z doświadczenia wiem, że podgląd zdjęć obiektu, który chcemy zarezerwować to jedno, a opinia zadowolonych, lub tez niezadowolonych wczasowiczów to dwie zupełnie różne sprawy. Zdarzyło mi się już wpadać w zachwyt nad apartamentem który wynajęliśmy przez internet, a na miejscu płakać z rozpaczy nad syfem jaki tam zastaliśmy i błagać męża o przekwaterowanie do innego obiektu. Dlatego trzeba mieć cierpliwość w przeszukiwaniu ofert, czytaniu opinii i tropieniu tego najlepszego miejsca.

Dyspozycyjność-niestety bardzo często jest to jeden z kluczowych warunków. Nie wszyscy mogą pozwolić sobie na wakacje w środku zimy, zorganizowanie urlopu last minute (niekoniecznie z biurem podróży), czy wyjazd w trakcie roku akademickiego, czy szkolnego. Warunków jest wiele, ale bardzo często najtańsze bilety samolotowe są nie tylko po za sezonem, ale w bardzo nietypowych okresach czasu. No i bywa też tak, że te ostatnie bilety wyprzedawane są za grosze wtedy masz tylko kilka godzin na pakowanie, zorganizowanie urlopu i wylot. Podobnie bywa z zakwaterowaniem. Czasem tylko jedna z tych dwóch rzeczy(promocja hotelu lub biletów) dyktuje termin wyjazdu, ale finalnie rachunek wychodzi znacznie niższy, niż w środku sezonu w najwyższych niestety ofertach sezonu.

Znajomość języka-nie jest konieczna, bo nauczyłam się już w czasie naszych podróży, że język gestów i mimiki twarzy jest językiem bardzo uniwersalnym i można dogadać się z każdym i wszędzie. Jednak znajomość języka angielskiego przede wszystkim bardzo ułatwia sprawę podczas rezerwacji hoteli, samochodu, zakupów w sklepie czy w restauracji. A jeżeli chcecie zwiedzić najbardziej atrakcyjne miejsca, to takowe najlepiej wskażą Wam…tubylcy! I już widzieliśmy kilka takich miejsc, gdzie turyści z mapkami nie docierali.

Odwaga-zwłaszcza, kiedy wycieczkę organizujecie sami, a nie z biurem podróży. Nie macie nad sobą przewodnika, nie macie ambasadora, który w razie problemów zajmie się ratowaniem Was z opresji. A sytuacje bywają różne, od zgubienia, albo kradzieży dokumentów, wypadki, choroby, problemy z zarezerwowanym obiektem czy lotniskiem. Kiedy jedziecie na wycieczkę z biurem podróży, wszystkimi problemami na miejscu zajmuje się ambasador biura. Kiedy jedziecie sami, jesteście zdani tylko i wyłącznie na siebie, nowe miejsce, nową sytuację w nowym kraju, z nowym językiem( bo nie wszyscy niestety zawsze mówią po angielsku) i musicie sobie poradzić.

Cała reszta to dobry humor, chęć przeżycia przygody, niespożyte pokłady energii, bo wbrew pozorom, że oto właśnie ruszacie na urlop, od codzienności odpoczniecie, ale nowe miejsce pochłonie Was tak bardzo, że będziecie chcieli zwiedzić każdy najmniejszy zakątek, a po powrocie będziecie potrzebowali odpoczynku od urlopu ;)

Tak przygotowani, możecie ruszać na Gran Canarię. Wyspę wiecznej wiosny. A wszystko to zawdzięcza Hiszpanom, którzy za czasów kolonialnych osiedlili wulkaniczną wyspę u wybrzeży Afryki. I chociaż politycznie Gran Canaria i sąsiednie wyspy należą do Hiszpanii, to geograficznie jesteśmy już w Afryce. Lot z samej Hiszpanii na wyspę trwał dwie godziny. Z wyspy do Afryki przelecieć można w piętnaście minut. To tak dla zobrazowania jak śmieszny jest to podział. Ale dla Europejczyków to doskonałe rozwiązanie- możesz poczuć odrobinę afrykańskiej egzotyki na europejskiej wyspie.

Kiedy najlepiej wybrać się na Gran Canarię?
Tak naprawdę przez cały rok. Gran Canaria ma średnią roczną temperaturę 25’C. Najchłodniejszy jest styczeń-luty, gdzie temperatury oscylują w granicach 19-22’C. My byliśmy na wyspie od 1 do 11 kwietnia i cały czas było pięknie, słonecznie a temperatury dobijały do 27’C. Dla mnie idealnie, ponieważ jestem stworzeniem ciepłolubnym. Mój mąż troszkę mniej, ale mała wyspa charakteryzuje się tym, że praktycznie cały czas skwar jest łagodzony przyjemnym wiatrem z nad oceanu.
Skąd i czym lecieć?

Lecieliśmy z Krakowa liniami Ryanair. W jedną stronę udało nam się upolować bilety za 126 zł od osoby. Powrotne bilety były już znacznie droższe. Kiedy po przyjeździe sprawdzaliśmy ceny biletów, można było polecieć na sąsiednią wyspę-Fuertaventure za 98 zł! Są to tanie linie lotnicze, i niestety coś za coś. Podróż trwa około sześciu godzin, a ilość miejsca między fotelami pozostawia dużo do życzenia. Mimo wszystko warto się przemęczyć.

Który rejon wyspy wybrać?
Zdecydowanie południe wyspy, gdzie dolatuje afrykańskie cieplejsze powietrze. Na północy, temperatura jest trochę niższa Zagospodarowanie terenu też jest zupełnie inne-północ wyspy to typowo portowe/przemysłowe zagłębie. Najwieksze miasto Las Palmas, pełne rozrywek dla spragnionych szaleństwa. Południe to klimatyczne miasteczka, piękne górzyste tereny idealne na wycieczki, śliczne plaże i ciepła woda w zatokach.

Gdzie mieszkać?
Nasz wyjazd podzieliliśmy na dwa etapy. Pierwsza połowa to totalny chillout w hotelu, lenistwo na basenowych leżakach i błogie nicnierobienie. Mieszkaliśmy w hotelu Blue Bey Beach nad Oceanem nieopodal Maspalomas. W pobliżu znajdowało się Casino Gran Canaria, więc klimat nie odbiegał zbytnio od tego, co można by było przeżyć podczas ekskluzywnego turnieju na Karaibach, które znajdują przecież tylko kilka tysięcy kilometrów na Zachód. Bar nad basenem, tropikalna roślinność dookoła-czego chcieć więcej?

Niestety plaża w pobliżu była kamienista, więc kąpiele odpadały. Ale hotelowy basen nadrabiał swoje. Wielki apartament czteroosobowy, z przestronną kuchnią, wielką łazienką i tarasem można wynająć za 300 zł za dobę. Więc cenowo porównywalnie jak nad naszym Bałtykiem. Podczas drugiej połowy urlopu, przenieśliśmy się do ślicznego, małego miasteczka, gdzie widziałam najpiękniejszy zachód słońca w życiu (do tej pory ;), czyli do Mogan. Wynajęliśmy apartament, w którym śmiało zmieściłoby się cztery osoby, z kuchnią i łazienką. I muszę przyznać, że apartament ten był w lepszym standardzie niż hotel(chociaż zdjęcia w ofercie zupełnie tego nie oddają), a doba wynosiła nas około 200 zł.
Tutaj wprawdzie nie było basenu, ale mieliśmy rzut beretem do piaszczystej plaży, a jakieś dziesięć kilometrów dalej znajdowały się dwie najpiękniejsze plaże na wyspie czyli Puerto Rico i Amadeus. Mogan było nasza bazą wypadową do zwiedzenia reszty wyspy.

Gran Canaria

Gdzie kupować?
I tutaj chyba jedno z większych zaskoczeń-ceny w sklepach były porównywalne do naszych polskich. Z wyjątkiem pieczywa, to było dużo droższe. Po za tym, owoce, warzywa, nabiał, napoje były w podobnych jak u nas cenach. Wiadomo, zdarzały się jakieś drogie produkty, ale nie były to produkty pierwszej potrzeby. Robiąc zakupy, warto zwracać uwagę, czy dany produkt jest lokalny. Owoce i warzywa z Gran Canarii, które można było kupić na lokalnych straganach, a także w sieciówce Dino, były bardzo soczyste i niesamowicie aromatyczne, w przeciwieństwie do tych kupowanych w Lidlu. Jednak Lidl ma tą swoją zaletę, że znajdziecie w nim wiele produktów które kupicie i w naszym polskich odpowiedniku.
Zdecydowanie omijajcie sklepy w centrum, przy plaży i deptakach, bo w nich ceny są nawet dwa razy droższe! Jeżeli chodzi o restauracje, to jest podobnie, im bliżej centrum życia wyspy, tym drożej.

Czym się przemieszczać?
Na wyspie działa komunikacja miejska, kursują taksówki. Jednak najlepszą opcją, wydaje się być wynajem samochodu. Samochód to niezależność. Nie musisz podporządkowywać się rozkładowi jazdy, wyliczać minut na plaży, żeby nie uciekł ci autobus. Nie musisz dźwigać, ręcznika, wody, czy turystycznego plecaka. I jeżeli jesteś na tak małej wyspie, która po obwodzie ma maksymalnie 200 km i nie zwiedzisz jej całej to będziesz tego żałować. A jedynie wynajęty samochód Ci to umożliwi.
Jednak wynajmując samochód, musicie dobrze sprawdzić ofertę i czy cena wynajmu zawiera ubezpieczenie. Wypożyczalnie podają zazwyczaj ceny wynajmu za dobę, do których później doliczają koszt ubezpieczenia. I niestety wygląda to tak, że cena wynajmu nie jest duża sama w sobie, za to ubezpieczenie potrafi być dwa razy droższe. Na Gran Canarii działa kilkanaście wypożyczalni, ale nam udało się znaleźć jedną(PLUS CAR), która w cenie zawiera ubezpieczenie- a koszt wynajmu samochodu za dobę to jakieś 60 zł, więc naprawdę niewiele, jak na taki „luksus”.

Co zobaczyć?
Na to pytanie odpowiedziałam już wyżej-cała Gran Canaria warta jest objechania i zobaczenia. W każdym rejonie wyspy zupełnie inny klimat, roślinność, plaże i atrakcje. Już sam przejazd z jednej części wyspy na drugi to atrakcja sama w sobie, kiedy obserwujesz jak na przestrzeni kilku kilometrów drastycznie zmienia się klimat, roślinność czy ukształtowanie terenu. Ale o tym opowiem Wam już w kolejnym poście, bo tego co widzieliśmy i jak wielkie wrażenie na nas to wywarło, nie jestem w stanie opisać w kilku słowach.

Podsumowując jednak, czy wycieczka na wyspy Kanaryjskie jest na każdą kieszeń? Myślę, że zdecydowanie na każdą przeciętną kieszeń-tak. Nie musisz od razu spędzać dwutygodniowego urlopu, chociaż jest to bardzo optymalna opcja. Tak naprawdę, wczasy na Kanarach od tych w Polsce różnią się tym, że musisz doliczyć koszt przejazdu- zazwyczaj samolot. A ten uzależniony jest w dużej mierze od terminu kiedy chcesz lecieć i kiedy bilet kupisz. Jeżeli więc stoisz przed dylematem -znowu Bałtyk czy może wreszcie Gran Canaria, to polecam rozważyć opcje drugą, a na pewno nie pożałujesz. I dla jasności- podałam Ci optymalną wersję wakacji, na przeciętna kieszeń. Jeżeli wolisz survival, wakacje pod namiotem a nawet chmurka, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby spędzić je na Kanarach! W trakcie swojego pobytu, spotkaliśmy grupę polaków, którzy właśnie w ten sposób podróżowali. I nie musieliśmy ich o to pytać, długie brody panów, mocno hebanowy kolor skóry i zaopatrzenie „na włóczykija” mówiły same za siebie ;)

 Gran Canaria

Gran Canaria

Gran Canaria

Gran Canaria

Gran Canaria