A słyszałam ją nie raz, nie dwa. Jeszcze zanim poznałam swojego męża, już koleżanki, i wszystkie mężatki (i o zgrozo nie mężatki też!) częstowały mnie tymi rewelacjami. Co miałam począć? Doświadczenia zero, jakichkolwiek  przeżyć w tym temacie również, więc jak pelikan łykałam te newsy i wierzyłam we wszystko co mówiły bardziej doświadczone koleżanki, że faceta trzeba sobie wychować.

faceta trzeba sobie wychować

Dziesięć lat pożycia swoje robi i dzisiaj śmiało mogę zweryfikować te informacje. Bo tak na dobrą sprawę moje koleżanki w jakimś stopniu swoje racje miały. Tyle tylko, że w związku z druga osobą wychowywać powinno się wzajemnie, a i nie powinno nazywać się tego wychowaniem a docieraniem i uczeniem siebie nawzajem.

Za każdym razem, kiedy  pojawia się gdzieś post, o tym jak to kobiety są biedne, bo wszystko same w domu robią, że faceci nie rozumieją naszej pracy domowej i urlopów macierzyńskich, dopóki sami nie będą zmuszeni przejąć naszych obowiązków(o czym sama pisałam TUTAJ ), w tle pojawia się jakaś zrzęda, potwora czy inna złośliwa baba i wygłasza swe mądrości. A że faceta sobie trzeba wychować, a że same sobie tak ich nauczyłyśmy(wprawdzie ja nie mam tego typu problemów, ale umówmy się, jeden za wszystkich.. ;), a że mamy co chciałyśmy, a że faceta to trzeba pod pantofel, a najlepiej to pod glana i na smycz, a że generalnie to w związku musztra a nie uczucia.

Śmiać mi się chce, bo wtedy wyobrażam sobie tych owych Panów i jak mi świat miły, tak nie chciałabym się z żadnym takim pantofelkiem związać. Serio. Bo wyobraźcie sobie, ja ledwo chrząknę, a on już stoi obok z miną zbitego psa, przeprasza za coś czego nie zrobił i boi się własnych myśli wypowiadać, żebym przypadkiem nie zrobiła awantury. To pierdoła nie facet, a ja chce mieć w swoim mężczyźnie oparcie, a nie żeby on się na mnie wspierał i czekał na każdym kroku na każde moje polecenie i podjęcie decyzji!

Zadziwia mnie przekonanie, tych kobiet, że sobie tych facetów wychowały. Bo o ile, zapewne część z nich, faktycznie jest takim wyżej wspomnianym pierdołą, o tyle zdecydowana większość, to będą cwaniaczki. Tak tymi babami okręcą, pomotają, zawiną wokół palca, paliczka czy innego druta, że one będą myślały że w chałupie rządzą, a w rzeczywistości, facet i tak swoje będzie robił jak chce i kiedy chce. Faceci też bywają mądrzy, cwani i wyrachowani. A wydaje mi się, że mimo naszych wszelkich predyspozycji do tego typu kombinacji(no kto inny jak nie kobiety, spiskuje? )mimo wszystko to oni biorą nad nami górę. Przede wszystkim wygrywają podejściem do sprawy, wyzbywają się uczuć, kalkulują na chłodno, zero-jedynkowo. My niestety zbyt emocjonalnie podchodzimy do wielu tematów, zbyt wiele rozwiązań bierzemy pod uwagę, niepotrzebnie komplikując sobie życie. W ogólnym rozrachunku, jak wspomniałam wcześniej, nam się wydaje, że to my jesteśmy głową związku, ale to faceci są szyją, i oni tą głową kręcą. Ale do rzeczy, bo jak typowa kobieta zaczynam komplikować i motać.

Umówmy się nikt z nas, w żadnym związku nie chce być ustawiany, tresowany czy wychowywany! Nie o to przecież w związku chodzi. Chodzi o to, żeby się wzajemnie wspierać i troszczyć o siebie. Chodzi o to, żeby nauczyć się rozpoznawać swoje wzajemne  potrzeby. Chodzi o to, żeby nauczyć się cierpliwości(moja pięta achillesowa :P) . Chodzi o to, żeby wypracować sobie wspólny kompromis. RAZEM!

Bo związek to nie jest wojsko, ani państwo w państwie, czy inne Królestwo. Tu nie ma Króla, ani Królowej, Prezydenta, czy Generała. Nie chodzi o to, żeby się kogoś bać, i tylko przez strach pewne czynności, obowiązki wykonywać. Chodzi o to, żeby ze sobą rozmawiać, zawsze, w każdej sytuacji i o wszystkim. Rodzina to równouprawnienie, nie tylko do podejmowanie decyzji, ale też do wszelkich obowiązków i przyjemności.

Generalnie mówcie sobie co chcecie, ale ja tam wolę sama być pod tym pantoflem. Czuć się taką trochę księżniczką, o którą zadba jej facet. Mieć wsparcie, poczucie bezpieczeństwa i świadomość, że zawsze i wszędzie mogę na niego liczyć, tak jak on na mnie. Chce wiedzieć, że kiedy będzie źle on przy mnie będzie nie ze strachu, a z miłości. Chce mieć pewność, że kiedy będę podejmowała ważne życiowe decyzje dotyczące mojej drogi zawodowej, on zawsze przy mnie będzie, nawet jeśli powinie mi się noga. Musze mieć świadomość, że w zdrowiu i chorobie będziemy zawsze mogli na siebie liczyć, nawet kiedy będę prosiła o setką herbatę tego dnia, nie z poczucia obowiązku, czy przyzwyczajenia, a z miłości i szacunku. Tylko tyle i aż tyle. A reszta? Reszta niech sobie żyje jak im się wydaje.