Każda  z nas ma taką ciocię, teściową, mamę, koleżankę, przed której wizytą pucuję chałupę na błysk. Wiadomo, że generalnie, kiedy zapowiadają się goście, staramy się, żeby nasz dom wyglądał schludnie. Jednak są takie osoby, przed których wizytą zwykłe sprzątanie przeistacza się gruntowne porządki z dezynfekcją a czasem i mniejszymi naprawami włącznie.

dom to nie muzem

Kilka dni temu, na jednej z grup przemknęło mi pytanie, jak doczyścić marker z płyty kominka. Kilkulatek dobrze się zabawił i szczęście w nieszczęściu machnął kilka baboli na markurkowej płycie. Szczęście bo gdyby to była ściana, pewnie trzeba by było malować. le to najmniej istotne. Takie rzeczy przy dzieciach się zdarzają i kompletnie mnie to nie zdziwiło. Podobnie, jak i kilkadziesiąt mam, które chciały być bardzo pomocne i podsuwały swoje pomysły na usunięcie grafitti młodocianego- od magicznej gąbki, przez mleczka, sodę i inne cuda wianki. Ale znalazła się taka jedna, która mi krew zagotowała:

Trzeba było dzieciaka pilnować i uważać na to co robi. Teraz niech buli kasę i wymienia płytę kominkową! Dzieci się pilnuje a nie na FB siedzi! Moje dziecko ma trzy latka i jeszcze nigdy niczego nie pomalowało!

Powiedziała co wiedziała, ta co na FB nie siedzi i więcej jej nie widzieli. Chyba, bo nie wracałam do wątku. Natomiast od razu, oczami wyobraźni zobaczyłam dom tej kobiety. Piękny, wychuchany, dopieszczony w każdym szczególe. Dodatki jak z żurnala, albo i nie. Ale nieskazitelna czystość aż wali po tchawicy i bije po oczach. Strach gdziekolwiek usiąść, nogę postawić o dotykaniu czegokolwiek nie wspominając. I teraz opcje są dwie, albo dziecko wytresowana i wystarczy, że matka z pode łba zerknie a ono już wie, że nie wolno. Albo zwyczajnie, jeszcze jej się nie przytrafiło.

Bo mój Młody do czwartego roku życia, też nigdzie i nic nie zmalował. A później poszło z górki. Nie jakoś przesadnie. Ale jakiś czas temu na drewnianym łóżku wyrył swoje imię. Żeby mu chyba nikt przypadkiem nie podebrał. Brat jakiś czy siostra. To sobie podpisał jakimś nożykiem. Żaden gąbek cudowny czy mleczko nie pomoże. No i spoko. Trudno. Sama miałam taki pokój, takie meble. A nawet jeszcze gorsze. Miałam ścianę płaczu, po której pisaliśmy z rodzeństwem do bólu. Mama na nią patrzeć nie mogła, a tata ani myślał malować, dopóki nam nie przejdą pomysły z malowaniem po przedmiotach innych niż papier.

I teraz przyznam się Wam do czegoś. Jeszcze nie tak dawno latałam po domu z odkurzaczem po kilka razy dziennie, jak kot z pęcherzem. Spinałam się, żeby wszystko było posprzątane, bo a nóż ktoś przyjdzie, a i zwyczajnie fajnie się spędza czas w czystym, posprzątanym domu. Stawałam na głowie, wylewałam siódme poty, w zasadzie po za sprzątaniem i poprawianiem sprzątania nie robiłam nic innego. dlaczego? Zwyczajnie nie miałam już na nic innego ani siły ani czasu. Jasne. Fajnie było wieczorem usiąść na kanapie, gdzie dookoła panował porządek, wszystko na swoim miejscu, nic nie leży na podłoże stół nie upaciany dziecięcym sokiem. ale kiedy ja siadałam na tej kanapie, mój syn już spał, a mąż własnie kładł się do spania.

Czułam się sfrustrowana, że całe moje życie podporządkowane jest temu, żeby sprzątać. Że musi być czystko, że musi być porządek. Tak na dłuższą metę się nie da!

Nie wiem kiedy i jak, ale chyba metodą małych kroczków, zaczęłam odpuszczać. Zwłaszcza, kiedy w moje życie na dobre wkroczył etap z pracą z domu. Musiałam z czegoś rezygnować, żeby mieć czas na pracę. Mogłam zrezygnować z siebie, albo z rodziny. Albo…ze sprzątania. A raczej urabiania siebie po łokcie, żeby dom lśnił na każdym kroku czystością.

To był też moment, kiedy uświadomiłam sobie jak bardzo frustruje mnie fakt, że ciągle myślę, co jeszcze jest do posprzątania, co jeszcze jest niezrobione. I fakt, że sprzątanie przy dziecku jest jak mycie zębów czekoladą. Syzyfowa praca. Posprzątasz, a za chwilę dom wygląda tak jak przed sprzątaniem.  I to nie jest tak, że odpuściłam całkowicie. Staram się organizować czas i pracę tak, żeby wstać rano, ogarnąć co mogę, i na ile mogę bo wtedy lepiej mi się pracuje. Później w ciągu dnia, raczej skupiam się na pracy, gotowaniu, dziecku. Po południu odgruzuje z grubsza i da się żyć. Ale już nie szoruje toalety każdego dnia, umywalki trzy nie przecieram trzy razy dziennie. Nie pracuje. No dobra, nigdy nie prasowałam. Odkurzam co drugi dzień, albo kiedy widzę, że jest to niezbędne. Niektórzy odkurzają raz w tygodniu i żyją!

Przestałam się przejmować, że ktoś nawiedzi mnie w środku dnia, a ja będę miała w domu nieporządek. Bo dom to nie muzeum, ma być wygodny i przytulny. Dla mnie i mojej rodziny. To my mamy się w nim czuć dobrze, to my w nim mieszkamy, spędzamy całe życie. I jasne, że za każdym razem kiedy ktoś do mnie przychodzi, chce żeby moi goście czuli się jak u siebie. Ale każdy, w swoim domu ma swoje standardy, nie jestem w stanie dopasować się do wszystkich. A też nie chce dłużej udawać kogoś kim nie jestem. A nie jestem Perfekcyjną Panią Domu. Zresztą umówmy, się kreacja Gośki Rozenek, została stworzona na potrzeby programu. Ona sama w swoim prywatnym domu nie ma czasu na sprzątanie. Ma od tego ludzi…

Lubię kiedy przychodzę do kogoś, a on rzuca „sorry za bałagan”- a tam nieskazitelna czystość, która aż mrozi.  To dość zabawne, bo ja w podobnych przypadkach powinnam mówić „soryy za armagedon” ;) Jednak jeszcze bardziej lubię, kiedy odwiedzam przyjaciół, a oni w tym swoim bałaganie niczym nieskrępowani są sobą. Bo to oznacza, że traktują mnie jak przyjaciela, że mi ufają, nie krępuje ich moja obecność ani to czy i jaki bałagan w domu mają. Ja przychodzę do nich, a nie na inspekcję poziomu czystości! A oni to wiedzą.

Znam kobietę, która potrafiła przyjść w odwiedziny i paluchem sprawdzać, o zgrozo, grubość kurzu pod telewizorem!

Jeżeli więc, ktoś mówi, że dziecko nie ma prawa niczego zniszczyć w domu, bo to kosztuje grube pieniądze, to ja twierdzę, że ten ktoś nie powinien mieć dzieci. Bo posiadanie dzieci, ma wpisane w ryzyko zniszczenia, uszkodzenia, awarie, dodatkowe remonty i naprawy oraz fakt, że być może w domu już nigdy nie będzie nieskazitelnie czysto.

Ale wreszcie dom będzie tętnił życiem. Wreszcie będzie miał kto na Ciebie czekać kiedy wracasz do domu.

Jeżeli więc ktoś wymaga ode mnie muzealnej czystości, to ja polecam zamiast do mnie, udać się do Muzeum Narodowego,  a na kontrolę czystości umówić się ze mną kilka dni wcześniej, żebym miała czas zdezynfekować dom przed wizytacją. W odwiedziny zapraszam chociażby za pięć minut ;)