Dostaje od Was dziesiątki wiadomości z pytaniami jak moja dieta, czy schudłam, a jeśli tak to ile, czy są efekty i jak się na tej diecie czuję. Jestem na półmetku swojej przygody z Light Boxem, więc mogę dzisiaj śmiało zdradzić, czy są już jakieś efekty, a co najważniejsze-dzisiaj zdradzę Wam, co tak naprawdę tknęło mnie, żeby w ogóle przejść na dietę.

I przyznam się Wam bez bicia, że troszkę, się tego postu boję. Dla jednych może być to zbyt wielki ekshibicjonizm i zbyt intymna rzecz, którą warto zostawić dla siebie. Ale już dawno przyzwyczaiłam się do dwóch rzeczy-ile mam czytelniczek, i ile ludzi mnie otacza, tyle różnych, często skrajnych opinii. Wszystkim nie dogodzę, ze wszystkimi zgadzać się nigdy nie będę. Nie jestem słoikiem Nutelli, żeby kochał mnie cały świat.

Mało tego, decyzję, o ujawnieniu Wam prawdziwego powodu mojej diety, podjęłam nie bez powodu. To dla mnie taki kamień milowy w życiu prywatnym, ale też ciężki głaz u szyi, z którym muszę się jako kobieta mierzyć. Nie jest mi łatwo samej, a wiem doskonale że wśród Was, znajdę całe tabuny kobiet, które doskonale mnie zrozumieją i wesprą-bo same przeżywają to samo. Wiem też, o czym przekonałam się już wielokrotnie, że nie ma sensu z rzeczy oczywistych, które spotykają nas na codzień robić tematów tabu. W ten sposób, same sobie utrudniamy życie, tworzymy bariery, kładziemy kłody pod nogi. Głównie emocjonalne. Już nie raz przekonałam się, pisząc o tematach, których inni boją się poruszać-że to co dla jednych jest ekshibicjonizmem emocjonalnym i prywatnym sprzedawaniem życia, dla wielu moich czytelniczek jest cholernym wsparciem.  Czytając maile z podobnymi do moich historiami, w których piszecie mi, że Wam ulżyło, że ktoś ma podobnie, że wreszcie ktoś Was rozumie i że wreszcie nie czujecie się w TYM samotne, wtedy właśnie czuję, że WARTO te tematy poruszać i się przed Wami obnażać.

Ale do brzegu, do brzegu kobieto, jak mawia mój mąż!

Kiedy napisałam Wam, że porzucam swój „mamtowdupizm”, miłość do swojego ciała, wiele z Was była trońkę zaskoczona. No bo jak to tak? Dopiero pisałaś, że chrzanisz system, chrzanisz dążenie do ideałów, a tu nagle dieta, ćwiczenia, wielkie zmiany w życiu i ciele?! No heloł, coś tutaj mocno nie gra i śmierdzi hipokryzją!

I ja Was doskonale rozumiem, bo tak to na pierwszy rzut oka wygląda. Wtedy jeszcze nie byłam gotowa na to, żeby podać Wam główny powód mojej decyzji. Rzuciłam, że zdrowie i takie tam. I w zasadzie, niewiele nagięłam prawdę. Bo owszem, głównym powodem mojej diety były złe wyniki i chęć dążenia do zdrowia. Ale był to TYLKO środek do celu. Ponieważ, po raz kolejny w swoim życiu, przychodzi mi się zmierzyć z…niepłodnością. Z niepłodnością, która główne podłoże ma w mojej niedoczynności i IO, a którą wiem, że mogę wyleczyć dietą, aktywnością fizyczną i rozruszaniem metabolizmu. Wiem, bo już tego dokonałam., prawie dziewięć lat temu…

I to jest ten moment, w którym łzy napływają mi do oczu i nie są to łzy smutku, ale ulgi. Ulgi, że wreszcie mogę to z siebie wyrzucić, przestać tłumić w sobie i przestać udawać, że jest super, jest fajnie. Nie jest. To jest ten moment, w którym wiele osób otrzyma odpowiedź na pytania, które wielokrotnie w moim kierunku zostały rzucone, a które zostawiałam zawsze bez jednoznacznej odpowiedzi. Ten tekst, jest pierwszym z cyklu tekstów, które mam zamiar dla Was napisać. O niepłodności wtórnej, o tym jak to może boleć i dlaczego  nikt inny poza kobietą, która to przechodzi, nie jest w stanie tego zrozumieć. I wiem, że wiele z Was się w w tych tekstach odnajdzie. Mam potrzebę wyrzucenia z siebie wszystkich tych emocji, które jako kobieta zmagająca się z niepłodnością muszę znosić. Czy tego chce czy nie. Ale spokojnie, dzisiaj nie będziemy jeszcze płakać, smucić się. Smuciłam się przez ostatnie tygodnie. Dzisiaj znów się podniosłam i walczę. Dzisiaj serio czuję ulgę, że mogę się z Wami podzielić informacją o tym, że owszem, dieta dietą, zdrowie zdrowiem, ale głównym moim celem jest poprawienie swoich wyników, podkręcenie metabolizmu i rozruszanie swojego organizmu do tego, żeby po raz kolejny mogła zostać mamą. Bez tego ani rusz. Mój organizm wydaje się być odporny jak skała, na wszelkiego rodzaju sugestie, że Młodemu przydałoby się rodzeństwo, w związku z tym zmuszona zostałam podjąć radykalne kroki ;)

To co mi ta dieta dała?

Dwa miesiące diety pudełkowej z LIGHT BOX za mną. Przyznam szczerze, że należę do osób, które jak się na coś napalą, to muszą to mieć już teraz, rajd nał. Jestem strasznie niecierpliwa. Dlatego miałam wielkie plany, wielkie wyobrażenia i byłam święcie przekonana, że już po pierwszym miesiącu tak rozkręcę swój organizm, że albo schudnę jakąś niebotyczną sumę kilogramów, albo od razu zajdę w ciąże. Nie, ja w cale nie żartuję. Tak już mam. Jak zaczynam treningi, to od razu na pełnej petardzie i zabieram się za bieganie maratonów. Jak uczę się pływać to od razu na głębokiej wodzie. Wiem, to niezdrowe. Jednak jeśli o dietę chodzi, to moja samodzielna dieta po ciąży pokazała mi, że można schudnąć …szybciej. Nie, to wcale nie jest krytyka diety pudełkowej. To jest krytyka mnie samej. Że o jakże jak głupia ze swoim nastawieniem byłam!

Bo nastawiając się na efekty, byłam tak nakręcona na tą ciąże, że teraz to już na pewno będzie super, że zapomniałam wbić sobie do głowy, że teraz, do kalkulacji z efektywności muszę dodać kilka czynników.  Po pierwsze- dieta Light Box na której jestem jest…zdrowsza i bardziej zbilansowana! Wtedy niby też się tak starałam, ale robiłam wszystko na oko. W efekcie, żeby nie przesadzić z kalorycznością i ilością, wolałam jeść mniejsze porcje-których całkowity bilans znacznie był niższy od mojego zapotrzebowania do tego, żebym schudła. Teraz wszystko mam wyliczone dokładnie co do grama i co do jednej kalorii. wtedy chudłam szybciej, ale szybciej też…moje kilogramy wróciły. Dzisiaj to jest zupełnie inne odchudzanie.

Zapomniałam też o tym, że teraz moja kondycja fizyczna jest dużo gorsza. Jestem starsza, mam więcej „schorzeń”, mój metabolizm jest zupełnie inny. Nie przewidziałam kontuzji, która wykluczy moje ćwiczenia i automatycznie spowolni proces odchudzania. Nie wzięłam pod uwagę, że teraz do zrzucenia mam mniej i ten proces przez to będzie wolniejszy. No i że …przecież mam IO i niedoczynność tarczycy!

Ale spokojnie, wszystko jest tak, jak być powinno.

Kiedy ustalałyśmy dietę z dietetyczką Light Boxa, wyliczyłyśmy, że po czterech miesiącach powinnam schudnąć 11 kilogramów. Była to opcja bez ćwiczeń. Sama dieta bez dodatkowej aktywności fizycznej. Po dwóch miesiącach diety jestem lżejsza o 6,5 kilograma. Co oznacza, że wszystko jest tak jak powinno. Jestem w połowie diety i połowie ilości kilogramów do zrzucenia. Co oznacza tylko jedno-TO DZIAŁA!

Jak się czuję?

Fantastycznie! Serio, ja sama widzę już efekty w lustrze. W ciuchy, w które nie mieściłam się przed dietą, wchodzę już bez problemu, a wręcz spodnie wiszą mi na tyłku. Widzi to też mój mąż i widzą rodzina i znajomi. A to ważne- bo z doświadczenia wiem, że my same, kobiety, lubimy zakrzywiać obraz siebie samych w lustrze. Co z tego, że waga wskazuje spadek, skoro nam ciągle się wydaje, że nadal jesteśmy grube…Miałam tak, wielokrotnie. Na szczęście dzisiaj mam inne priorytety. I chociaż owszem, czuję się lżejsza, atrakcyjniejsza też na pewno, to ciągle ważniejsze jest samopoczucie fizyczne i wyniki badań. A te nie pozostawiają złudzeń, że jest super! Dają mi też nadzieję, że moja walka przyniesie cel o który walczę.

Po dwóch miesiącach diety zrobiłam badania, które wykazały znaczną poprawę. Ba! Hormony, których do tej pory nie mogłam ustabilizować lekami są na idealnym poziomie, którego chyba nie miałam nigdy. A przynajmniej nie odkąd zaczęłam się leczyć na niedoczynność.

Zniknęły dwa problemy z którymi borykałam się od kilku lat. Bezsenne noce, niemożność dobudzenia się rano i…senność po posiłkach. To typowe objawy przy IO. Przynajmniej dla mojego przypadku. I powiem Wam, że chyba dawno się tak nie wysypiałam, jak wysypiam się odkąd jestem na diecie pudełkowej. Serio. W nocy śpię jak zabita, rano budzę się grubo przed budzikiem, pomimo tego, że nastawiam budzik dużo wcześniej, dając sobie tym samym czas na porządne wybudzenie.

Plusy diety pudełkowej mogłabym mnożyć i mnożyć. Moje wyniki badań mówią same za siebie, samopoczucie, waga też nie kłamie ;) Ale prawda jest taka, że tracę w kuchni znacznie mniej czasu, który pożytkuje na zupełnie inne rzeczy. Ostatnio zaczęłam jeździć na rowerze. To jedyna aktywność, która przy mojej kontuzji nie sprawia mi bólu. Więcej czytam, więcej czasu poświęcam dziecku. Wcześniej połowę dnia spędzając w kuchni przy garach, najczęściej zasłyszanym zdaniem, które mój syn ode mnie słyszał było-za chwilę.  Mniej się spieszę, bo o swoim jedzeniu nie myślę wcale. Nawet jak nie zdążę zjeść w domu, zawsze przy sobie mam pudełka z jedzeniem. To niesamowity komfort!

Nie pokażę Wam jeszcze zdjęć przed i po, to będzie taka wisienka na torcie po zakończeniu diety. Chociaż zdradzę Wam, że o ile wydawało mi się, że te sześć i pół kilograma to wcale nie tak dużo, o tyle kiedy wczoraj zobaczyłam zdjęcie jakie robiłam przed dwoma miesiącami, powiedziałam sobie- wow, kurde Hanka widać wielką różnicę! Co będzie za kolejne dwa miesiące?!