Wiesz, czasem mi się wydaje, że nie jestem dobrą mamą. Że inne mamy wiedzą lepiej, potrafią lepiej i lepiej wychowują swoje dzieci. Że kiedy ja marnuje ze swoim dzieckiem czas, wymyślając sobie durne przezwiska i śmiejąc się do rozpuku, one wykorzystują czas do maksimum i wożą swoje dzieci na dodatkowe zajęcia, które rozwijają ich dzieci. Ale to tylko czasem mi się tak wydaje.

Ja nie neguje absolutnie rozwijania zdolności dzieci. Nie. Uważam nawet, że to wręcz wskazane, żeby wspierać je w rozwijaniu swoich pasji. Ale swoich pasji, nie pasji rodziców. Ale ten tekst nie jest o tym. Jest o tym, że zamiast stawiać na rzęsach, głowie, czy rękach, czego kompletnie robić nie potrafię, ja nie robię nic. I ktoś mógłby powiedzieć, że to kwestia mojego lenistwa i małych ambicji. Że przecież każde dziecko od najmłodszych lat należy szlifować. Że szkolić, że uczyć, że szukać silnych stron i je wzmacniać.  A ja powiem, że moje dziecko ma na to wszystko czas.

Że przyjdzie taki dzień, kiedy przyjdzie do mnie i powie, że ma mnie już dość, że teraz chce grać w piłkę, albo tańczyć czy śpiewać, chociaż śpiewanie to mu raczej nie głosi. Chyba że pod prysznicem. Albo że chciałby zagłębiać wiedzę o kosmosie i fizyce kwantowej, czego się najprędzej spodziewam. I wtedy moja rola się skończy, bo o kosmosie wiem tyle, że jest wysoko w stronę nieba, samolotem już tam nie dolecisz i że nie wiem czy chciałabym się tam udać, bo bałabym się, że nie wrócę. O fizyce kwantowej wiem jeszcze mnie. Tyle że to fizyka. Jakaś kwantowa. To będzie moment, kiedy poszukam najlepszego nauczyciela, który sprawi, że jego pasja nie zgaśnie a jedynie nakręci się tak, że będzie chciał więcej i więcej. I będę wspierać i motywować jak będę umiała najlepiej.

Póki co, dam swojemu dziecku to, co mogę dać najlepszego.

Poczucie bezpieczeństwa.

Bo chce, żeby moje dziecko wiedziało, że zawsze i o każdej porze dnia i nocy, może na mnie liczyć. Nie ważne co się stanie i jak wielkie będę tego konsekwencje. Chce żeby czuł, że ma we mnie wsparcie. Że nawet jak się najpierw trochę zirytuje, bo przecież ostrzegałam, że tak się stanie, to zaraz mi przejdzie i będą obok. Żeby przytulić, pocieszyć i pomóc naprawić szkody. Że zrobię wszystko, żeby chronić, bronić, strzec.

Wsparcie.

Które nierozłącznie wiąże się poczuciem bezpieczeństwa. Moje dziecko zawsze będzie mogło do mnie przyjść, wypłakać się w rękaw, nawet jeśli to takie nie chłopackie, mamo! Będzie mógł pogadać o dziewczynach i o tym, że ktoś w klasie się podśmiewuje, a on kompletnie nie rozumie czemu. Moje dziecko zawsze będzie wiedziało, że nigdy nie wyśmieje i nie odrzucę, bez względu na to jakiego rodzaju będzie miał problem. I chociaż nie mogę przeżyć za niego życia, będę obok jak to pudełko chusteczek, czekoladek, czy najlepszy kumpel.

Fajny dom, do którego zawsze będzie chciał wracać.

Taki, gdzie kiedy wróci ze szkoły będzie ciepły obiad. Taki w którym będzie pachniało ulubionym ciastem, kiedy wróci po latach. Takich, w którym zawsze będzie miał swój pokój, i łózko. To na którego drewnianej ramie, zdążył już wyskrobać swoje imię. Taki, który może nie będzie normalny, ale szczęśliwy i zawsze wesoły.

Miłość.

Tyle miłości ile zdoła udźwignąć w zależności od wieku ;) Zawsze będzie mógł przyjść i się przytulic. Nie. Ja zawsze będę za nim biegała, żeby go przytulać, dopóki biegać będę mogła. Będę go całowała i umazywała szminką, nawet kiedy będzie się krzywił. Bo nawet jeśli, będzie to robił, to wiem, że w głębi duszy będzie się cieszył i czuł się kochany.

Dobre wspomnienia.

Tych dam mu jak najwięcej. Kiedy dorośnie będzie pamiętał jak piekliśmy razem koślawe maślane ciasteczka. Jak robił mi sałatki, które udawałam, że zjadam, a po kryjomy wywalałam do kosza. Co weekendowe seanse filmowe. Koniecznie z wielką michą chipsów i popcornu, koniecznie z pizzą zrobioną przez tatę. Nasze wieczorne pogaduchy, przed snem, kiedy tata wyjeżdżał, o pierdołach i rzeczach ważnych. Kakaułko, na którego pragnienie i prośbę, mam ciarki, bo przecież nie może być zrobione normalnie. Musi być ulubiony kubek, odpowiednia ilość mleka, odpowiednia temperatura i ilość łyżek kakaa. I koniecznie z mikrofali, bo na kuchence smakuje inaczej! Nasze wygłupy i głupawki, od których nie możemy powstrzymać śmiechu i bolą nas brzuchy. I te wszystkie dziwne konstrukcje, które tworzy, kiedy ja tworzę swoje DIY, z moich patyczków do lodów, marnując tony moich kolorowych papierów i plasteliny, która później jest wszędzie. I Lego które kupuje tonami, w które wdeptuje nocą, wędrując do toalety, i które wciągam z ulubowaniem do odkurzacza, kiedy nie mam już siły się schylać po milionowego klocka. Ale on uwielbia, i tworzy. Więc kupuję kolejny zestaw. I naleśniki. Najlepiej siedem razy w tygodniu, na śniadanie, na obiad i kolację.  I lody czasem zamiast obiadu. I te skarpetki ulubiona jedna para, zdarta już niemiłosiernie. I chociaż mam ochotę, wywalić ją w cholerę, tak jak kilka starych zabawek, którymi już się nie bawi, a leżą i zbierają kurz, to wiem, że nie mogę.

Bo to wszystko, te wszystkie pierdoły, te dziwactwa, których mogłabym, a nie chcę oduczyć, to są takie małe rytuały. To są takie małe chwile, momenty które tworzą coś najpiękniejszego co możemy dać naszym dzieciom. Wspomnienia!

I pewnie mogłabym dać mu najlepsze wykształcenie, sprawdzać godzinami lekcje, zmuszać do ćwiczenia, wyrabiania ręki do pisania, ale czy to sprawi, że będzie szczęśliwszy? Na wszystko przyjdzie czas. Jeszcze się pewnie będziemy uczyć, ćwiczyć, szkolić. Ale bez względu na wszystko, jak będzie nam szło, ważniejsze będzie to, żeby był szczęśliwy. Bo to najlepsze co mogę dać swojemu dziecku, resztę może osiągnąć sam. Cokolwiek to będzie, kiedykolwiek nastąpi. Człowiek szczęśliwy może wszystko!