Cztery testy ciążowe i trzy kolejne wizyty u lekarza, na których, na monitorze USG zobaczyłam swoje dziecko. Dokładnie tyle czasu potrzebowałam, żeby uwierzyć…Nie, to złe słowo. Bardziej-żeby dotarło do mnie, że jestem w ciąży. Jestem w połowie czwartego miesiąca, a nadal „jestem w ciąży” ciężko przechodzi mi przez gardło.Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 1-1024x576.jpg

Zupełnie nie żartuje z tymi testami! Dzisiaj się z tego śmieje, ale wtedy faktycznie zrobiłam je aż ( a może wcale nie aż?) cztery. Trzy w ciągu pierwszych dwudziestu czterech godzin, kiedy zorientowałam się, że coś może być na rzeczy. Czwarty test zrobiłam tydzień później, zanim powiedziałam o ciąży Alvarowi. Musiałam mieć pewność… A bo Wy nie wiecie! Przez tydzień trzymałam ten sekret tylko dla siebie. To był najdłuższy tydzień w moim życiu, ale może po kolei.

To nie było tak, że co miesiąc robiłam testy i spodziewałam się dwóch kresek. No dobra, tak było, przez pierwsze pół roku starań. Później odpuściłam, bo zrozumiałam, że nie ma sensu i tym razem, znów nie będzie to takie proste. Prawie dwa lata po tym jak zaczęliśmy się starać, byłam już na totalnym chilloucie , jeżeli chodzi o ciąże, bo wiedziałam, że albo odpuszczę i będę żyła jakby jutra miało nie być, albo prześpię kolejne lata swojego życia w oczekiwaniu na coś, co mogło nigdy nie nadejść. Więc już nie czekałam. To nie jest też tak, że później nie sprawdzałam czy się nie udało. Sprawdzałam. Ale zawsze w dzień jakiejś większej imprezy, żeby się upewnić że bezpiecznie mogę się napić. I totalnie bez żadnych oczekiwań.

Pamiętam dzień, w którym postanowiłam zrobić TEN test. Sporo schudłam w ostatnim czasie i wiedziałam, że ostatni z moich cyklów nie był normalny. Coś mi nie pasowało. Ostro trenowałam i pomyślałam, że chyba przesadziłam i rozstroiłam sobie organizm. Już miałam wykręcić numer, żeby umówić wizytę u mojej ginekolog, ale pomyślałam, że na pewno zapyta o test ciążowy. Jeszcze tego samego dnia, będąc na zakupach w markecie kupiłam najtańszy test jaki wpadł mi w rękę. Serio. Bez żadnych oczekiwań. Wręcz z pewnością, że zobaczę na nim jedną kreskę i potrzebuje go tylko, żeby powiedzieć swojej lekarce, że tak sprawdzałam, w ciąży nie jestem.

Dwa dni wcześniej, ze strychu przyniosłam pięć wielkich worów z ciuchami, które składałam przez lata. Na chudsze czasy. Czyli to był właśnie moment, ten moment. Pamiętam swoją dumę, kiedy okazało się, że wchodzę w ciuchy w które nigdy nie weszłam, nawet w najlepszych swoich czasach! Pamiętam też, że gdzieś pomiędzy przymierzaniem jednych spodni i kolejnej kiecki, pomyślałam sobie, że byłby psikus, gdyby teraz okazało się, że jestem w ciąży. Mogłabym te wory spakować z powrotem i odnieść na strych, bo i tak za miesiąc, dwa, nie weszłabym w nic.

I wtedy, w środku dnia, poszłam do łazienki i nasikałam na kawałek plastiku, który wydawał wyroki na resztę życia wielu kobiet. Nie zrozumcie mnie źle-ja bardzo chciałam mieć drugie dziecko i nie mogłam się tego doczekać. Ale umówmy się, dziecko, nie ważne pierwsze czy drugie, to diametralne zmiany w życiu absolutnie każdej kobiety. Nie szykowałam się, że tym razem będzie inaczej.

Zrobiłam test.

Położyłam na blacie w łazience i wróciłam do sterty ciuchów w pokoju. Kiedy wróciłam, było mocno po czasie, więc kiedy zobaczyłam cień bladej kreski, uznałam że to niemożliwe, że test jest nieważny, albo wadliwy. W końcu kupiłam go w markecie na dziale kosmetycznym! Na bank był wadliwy. Ale zaczęłam jeszcze raz analizować swój ostatni cykl…

Okres się spóźniał i to grubo. Cykl był zupełnie inny niż wszystkie, a test pokazywał dwie kreski. Jedną bladą, ale jednak i to nie zmieniało faktu, że sama siebie zaczęłam nakręcać. I teraz wyobraźcie sobie. Byłam sama. Alvara nie było w domu i miało go nie być jeszcze przez tydzień. Tak jak za pierwszym razem, przy Młodym. Postanowiłam, że następnego dnia, jeśli okres się nie pojawi, pojadę do apteki po kolejny test. Nie będziecie zdziwione, kiedy powiem Wam, że pół godziny później stałam już w aptece z dwoma nowymi testami w ręku?

Miałam je zrobić następnego dnia rano, na czczo, no bo przecież wtedy wynik jest najbardziej wiarygodny, ale to, że zrobiłam test zaraz po powrocie do domu, też nie powinno nikogo dziwić. Uznałam, że przecież mam jeszcze jeden test na rano, więc będę miała większy zarys sytuacji.

Drugi test, który kupiłam już w aptece pokazał dwie kreski.

Dwie mocne kreski, które nie pozostawiały wątpliwości.

Jestem w ciąży.

Jestem w CIĄŻY.

JESTEM W CIĄŻY!

Młody był w szkole, a ja siedziałam z tymi dwoma dowodami nowego wyczekanego życia, na kanapie i ryczałam jak głupia. Z radości i strachu. Dokładnie jak za pierwszym razem. Tak strasznie się cieszyłam, że wreszcie się udało, a jednocześnie byłam przerażona, bo zdałam sobie sprawę, że nasze życie właśnie się znów zmienia i nie ma odwrotu! Siedziałam i ryczałam a emocje się we mnie gotowały. Byłam sama i nie miałam z kim ich podzielić. Rozumiecie?! Myślałam, że zaraz eksploduje mi mózg!

Jedyne co wiedziałam, że tym razem Alvaro dowie się, kiedy będzie w domu. O Młodym dowiedział się z MMSa, kilka minut później był już w domu i cieszyliśmy się razem. Ale tym razem, wiedziałam, że muszę poczekać na niego tydzień. Nie chciałam tych emocji dzielić na łączach internetowych przez tyle dni. To nie byłoby to samo. Postanowiłam, że nie puszczę pary z ust.  Oczywiście podzieliłam się informacją z dwoma najbliższymi przyjaciółkami, ale to nie było to samo. Korciło mnie każdego dnia, żeby mu powiedzieć. Rzucałam podtekstami przy każdej rozmowie, przy każdym temacie i…miałam z tego niezły ubaw. Na przykład wtedy, kiedy na piętrze w trzecim pokoju, który miał być przeznaczony dla drugiego dziecka, Alvaro zaczął planować mi garderobę. To było dość zabawne, bo teoretycznie każda kobieta powinna się cieszyć, a ja rzuciłam tylko, że pogadamy o tym jak wróci. W duchu śmiejąc się, że mogę o tej garderobie już zapomnieć, a on mocno się zdziwi, jak mu powiem, co jednak w tym pokoju będzie.

Jeżeli myślicie, że te dwa testy, które zrobiłam tamtego dnia, wystarczyły mi, żeby uwierzyć, że jestem w ciąży, to absolutnie nie! Następnego dnia rano, na czczo machnęłam trzeci test. Już drącą ręką sprawdzałam wynik. Bo co, jeśli miałam dzień wcześniej  wyższy poziom  jakiegoś hormonu, który przekłamał wynik? Trzeci test nie pozostawił pytań, ale… dzień przed powrotem Alvara, czyli tydzień później postanowiłam zrobić czwarty test.

Nie wiem, chyba chciałam mieć ABSOLUTNĄ pewność, że poprzednie testy się nie myliły, nie były wadliwe. Nie wiem, może nie chciałam nawet wspominać, gdyby czwarty był negatywny. Sama nie wiem co wtedy myślałam, ale kupiłam czwarty test i zrobiłam. Oczywiście był pozytywny, ale do mnie nadal nie docierało, że jestem w ciąży…

Alvaro wrócił następnego dnia, a mi przez gardło nie przechodziły te słowa. Po prostu powiedziałam, że muszę mu to pokazać i wyciągnęłam zza pleców rękę z czterema pozytywnymi testami ciążowymi. I ten tydzień męczarni, w samotności z tą wiedzą, wart był tej bezcennej chwili, którą wtedy razem przeżywaliśmy! Tej magii, tej wspólnej radości, tych emocji, tej miłości… tego nie da się wyrazić słowami. Nie da się tego opisać. To trzeba przeżyć. I najlepiej przeżywać to razem z ukochaną osobą.

Tydzień później byłam już u swojej ginekolog z lekkim plamieniem. Na szczęście nic wielkiego się nie działo. Lekarka potwierdziła ciąże, pogratulowała, zleciła szereg badań i miałyśmy się spotkać za dwa tygodnie(wyjeżdżałam wtedy na wakacje, więc miałyśmy się spotkać szybciej). Byłam wtedy w piątym tygodniu ciąży, a na ekranie monitora USG widziałam tylko plamkę-pęcherzyk, który miał się stać moim dzieckiem. Niby się cieszyłam, ale…

Nie wiem, ja naprawdę nie wiem, dlaczego mimo tylu potwierdzeń, nie byłam w stanie uwierzyć. Może się bałam? Że coś się wydarzy, że coś pójdzie nie tak? Nie chciałam się przywiązywać, nastawiać? Nie wiem. Ale dwa tygodnie później, kiedy na ekranie nadal niewiele było widać poza pęcherzykiem i maleńkim zalążkiem, nadal się nie cieszyłam tak jak oczekiwałam od samej siebie.

Dopiero po powrocie z wakacji, miesiąc później, kiedy poszliśmy na trzecie z kolei USG, zrozumiałam, że noszę pod sercem dziecko. Nie zapomnę tego widoku! Tego małego ludzika, który radośnie wywijał fikołki na nasz widok. Nie zapomnę miny Alvara, kiedy patrzył w ekran i widział to, o czym tylko do tej pory opowiadałam i czego nie mógł dostrzec na zdjęciach USG.

Jestem już w czwartym miesiącu ciąży, wszystkie wyniki mam idealne, zaczynam czuć pierwsze, delikatne ruchy dziecka, ale nadal momentami ciężko mi uwierzyć, że TO się dzieje naprawdę! Czuję się świetnie, zupełnie jakbym nie była w ciąży, brzuszek dopiero delikatnie zaczyna się zaokrąglać i to nie ułatwia mi w uwierzeniu.

Ale to się dzieje.

Początkiem stycznia 2020 roku, powitamy na świcie nasze drugie dziecko!