Za każdym razem, kiedy gdzieś na blogu albo w mediach społecznościowych poruszam temat naszego braku wiary, temat świąt wraca jak bumerang. Mam wrażenie, że to jedyna broń w rękach osób z drugiej strony barykady, które kompletnie nie są w stanie zaakceptować faktu iż są na świecie ludzie niewierzący. I są z tym szczęśliwi. Dlatego dzisiaj obalę mit hipokryzji u ateistów. 

dining-table-710040_960_720

To prawda, że jeżeli komuś nie chce się włączać myślenia i patrzy na innych tylko z własnej perspektywy, z perspektywy własnych poglądów, ludzie tacy jak ja mogą wydawać się hipokrytami. No bo sprawa teoretycznie jest bardzo prosta. Nie wierzysz, nie chodzisz do kościoła, nie obchodzisz świąt kościelnych. Proste jak dodawanie. Tyle tylko, że to takie proste nie jest.

Ludzie wierzący mam wrażenie, często zapominają, że wiara to nie tylko fakt wierzenia w istnienie Boga, praktykowanie obrzędów religijnych. Wiara, to przede wszystkim tradycja i wychowanie-wyniesione z domu rodzinnego. Bo nikt z nas nie rodzi się człowiekiem wierzącym. To rodzice wpajają uczą i wychowują nas w wierze. A wiadomo dzieci są jak gąbka, chłoną wszystko co najbliższe otoczenie ze sobą niesie, ufając w ciemno. W końcu rodzice, to ludzie którym powinno się we wszystkim ufać. Dopiero z wiekiem, kiedy nabywamy własnej mądrości, kiedy sami zaczynami szukać własnej drogi i przekonań, okazuje się, że jesteśmy odrębnymi jednostkami, z własnymi mózgami i możemy tę przekazywaną przez lata wiedzę weryfikować, analizować i dochodzić własnych przekonań. Tak właśnie rodzą się ateiści…

Fakt stania się ateistą w pewnym momencie swojego życia, nie przekreśla przecież całej jego reszty. To, że ktoś odchodzi od kościoła, nie oznacza przecież, że powinien odejść od rodziny prawda? To, że ktoś przestaje wierzyć w Boga, nie oznacza, że powinien odciąć się od wierzącej części jego rodziny. My nie wierzymy w Boga i w kościół, nie w tradycję i wychowanie.

Dla ateisty święta Bożego Narodzenia czy Wielkiej Nocy, to nie kościelne obrzędy, świętowanie pamięci, czczenie czegokolwiek i kogokolwiek. Dla ateisty święta to przede wszystkim czas spędzony z rodziną przy jednym stole. W wolniejszym tempie, w bardziej uroczystej atmosferze wprawdzie, ale nadal to tylko celebrowanie tradycji, nie wiary. Nie rozumiem, dlaczego ludzie wierzący nie są w stanie zrozumieć, że można rozgraniczać świętowanie od spędzania wspólnego czasu, tradycyjnie dwa razy do roku.

Ale to nie jedyny powód.

My ateiści mamy rodziny. Mamy rodziny, które mimo tego, że my nie wierzymy pozostają osobami wierzącymi. Bardzo często, nasze stanowcze oświadczenia, że nie wierzymy przyjmują z bólem serca. Jednak nadal pozostajemy córkami, synami, wnuczkami. W tej materii nie zmienia się nic. I chociaż dla nas, świat by się nie zmienił, ani nie zawalił gdybyśmy nagle pewnego dnia przestali co roku obchodzić święta, to dla starszego pokolenia z naszych rodzin, nasza nieobecność przy świątecznym stole byłaby wielkim ciosem w serce.

Bo zostaliśmy wychowani w tradycji, w szacunku do naszych rodzin. W akceptacji do wyborów. My akceptujemy, że nasze rodziny pozostają w wierze, oni ciężko bo ciężko, ale akceptują, że my nie wierzymy. Nie oznacza to jednak, że nie możemy, że nie powinniśmy zasiadać wspólnie do jednego stołu. Nawet jeżeli dla mnie świąteczna niedziela nie oznacza kompletnie nic, po za odwiedzinami u rodziny, dla mojej babci będzie to oznaczało bardzo wiele. A ja nie potrafiłabym sprawić jej takiego zawodu. Dlatego jakkolwiek nie wygląda to z punktu widzenia osób postronnych, dwa razy do roku daję swojej babci ułudę tego, że nic się nie zmieniło. Mnie nie kosztuje to kompletnie nic, a moja babcia prze kilka chwil czuje się szczęśliwsza, że cała rodzina znowu spotkała się przy jednym stole.

Czy to naprawdę takie dziwne?

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, będzie mi bardzo miło jeżeli go udostępnisz. Możesz też polubić ten post, albo zostawić komentarz. Dla Ciebie to chwila ,a dla mnie będzie to mały dowód docenienia mojej pracy ;)