Co roku okres przedświąteczny wygląda tak samo. Jakieś masakryczne kolejki w sklepach, tona żarcia, które później i tak ląduje w koszu. Miesiąc przygotowań, dla kilku godzin biesiady. Zazwyczaj w biegu, bo trzeba odwiedzić całą rodzinę, żeby komuś nie sprawić przykrości. Co roku obiecujemy sobie, że za rok rzucamy wszystko w cholerę. Że pierdzielimy te święta, to zarzynanie się i wyjeżdżamy gdzieś daleko. W góry najlepiej, z dala od tego całego chaosu.
christmas-cookies-553457_960_720
Znowu te Święta! 
Co roku jednak, górę bierze zdrowy rozsądek, bo przecież starsze pokolenie by tego nie przeżyło…I tak brniemy dalej w te święta. Wkurzamy się, żeby nie rzec dosadniej. Zaciskamy zęby, żeby sprawić innym przyjemność. Do wczoraj zastanawiałam się po kiego grzyba. Dlaczego ciągle się spinam, udaję, że sprawia mi przyjemność coś, co tą przyjemność tak naprawdę odbiera.
 
I kiedy wieczorem, zaraz przed tym jak kładliśmy się spać, gasiłam światło choinki-zrozumiałam.
 
Gdzieś między choinką, a kanapą znalazłam papierek po cukierku. Po tym cukierku z choinki. Po tym, co, co roku kupuje kilogramami, wieszam na choince i wydaję dekret, zakazujący podkradania cukierków aż do świąt. I co roku rzecz jasna, te cukierki są podkradane. Cichaczem. Tak, żebym nie widziała. Papierki nigdy nie lądują w koszu. Przecież to dowód zbrodni! Mama nie może się dowiedzieć. Co roku scenariusz jest ten sam. A ja i tak kupuję te cukierki. Dla niego.
 
I co z tego, że po Mikołajkach cała szafka słodyczy. To nie o to przecież chodzi. Cukierki z choinki, te, które uda się zdobyć po kryjomu, jak jakieś trofeum, smakują najlepiej. I kiedy wczoraj, wyciągnęłam zza kanapy ten papierek, pokazałam ten dowód zbrodni młodemu. Kiedy zobaczyłam jego radość, jego iskierki w oczach, nic innego nie miało znaczenia.
 
Przypomniałam sobie siebie. Swoje rodzeństwo. Z tych beztroskich lat dzieciństwa. Kiedy liczył się tylko ten cukierek z choinki. I ten chrupiący karp. I gołąbki z kaszą, które jedliśmy tylko w święta. I ten śmietanowiec, który tylko w Boże Narodzenie smakował jak nigdy indziej! I prezenty które rozpakowywaliśmy z wypiekami na twarzy. I Kevin, którego nie mogło zabraknąć. Do dzisiaj pamiętam te wszystkie emocje.
 
I to właśnie dlatego, nienawidzę świąt. Bo tych emocji już we mnie nie ma. Już nie przeżywam tych świąt jak beztroski dzieciak, dla którego nie liczy się nic innego, po za ta frajdą z podkradniętego cukierka. Ty też o tym wiesz. Też to czujesz. Ale tak ja ja, wiesz, że przez to, że my nie czujemy już tego klimatu, nie możemy odebrać tych wspomnień naszym dzieciom!
 
Co z tego, że urabiam się po łokcie. Co z tego, że plecy odmawiają posłuszeństwa. Że ludzie przepychający się w sklepach mnie irytują. Że brak miejsc parkingowych doprowadza do szewskiej pasji. Że jak co roku latam za prezentami, pojęcia nie mając co kupić. Że tych pierników trzy miliony i pierogów osiem tysięcy.
 
Liczy się tylko on. Liczy się ten papierek wepchnięty ukradkiem pod kanapę i to, że będę udawała, że go nie znajdę. A jak znajdę, to i tak się nie wścieknę, tylko załaskoczę z radości.  Liczą się te wypieki na twarzy kiedy Kevin w telewizji i kiedy będzie rozpakowywał kolejny prezent z pod choinki. Te ciasteczka, które pieczemy i ozdabiamy kilka dni. I ta kuchnia cała w lukrze wyklejona i pełna słodkich ozdób. I przecież ta jego choinka! Ta osobista. Koślawo ubrana, pstrokata taka, brzydka, że aż piękna. Bo jego, ubrana samodzielnie. 
Czy mogłabym mu to wszystko odebrać? Czy mogłabym z premedytacją pozbawić go wspomnień, tylko dlatego, że patrzę na świąteczną atmosferę już zupełnie innymi oczami? Dorosłymi. Pełnymi, zmęczenia i pewnie trochę rozgoryczenia. Nie mogę. Ponieważ Kocham go najmocniej na świecie.
 
Nic innego się nie liczy. Tylko to, żeby nasze dzieci były szczęśliwe. I żeby wspomnienia miały piękne.

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, będzie mi bardzo miło, jeżeli go udostępnisz. Możesz też polubić ten post, albo zostawić komentarz. Dla Ciebie to chwila, a dla mnie będzie to mały dowód docenienia mojej pracy ;)